W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


Ciemna strona altruizmu

Opublikowano: 2013-01-15
Recenzja książki „Uzdrowiciel”.
Kolejna powieść mistrza thrillera medycznego – czy tym razem udaje się uciec schematyczności?

Ken McClure to obok Robina Cooka jeden z najpoczytniejszych i najbardziej znanych pisarzy parających się thrillerem medycznym. Gatunek ten często nie unika wtórności i schematyczności, bo w końcu ile można pisać o morderczym wirusie, czy niepowstrzymanej epidemii? W „Uzdrowicielu” udaje mu się wyjść poza ramy jedynie po części, ale to nadal dobra lektura, która jednak nie wyróżnia się niczym z mnóstwa podobnych jej pozycji.

Od początku jesteśmy rzuceni w wir tajemniczych spotkań, postaci bez twarzy i planów, skalą dorównujących zawładnięciu nad światem. Seria wybuchów i zabójstw zwraca uwagę Stevena Dunbara z Inspektoratu Naukowo-Medycznego w Anglii. Chociaż porzucił on już tę niebezpieczną robotę, powraca w zastępstwie za przyjaciela i okazuje się być właściwym człowiekiem na odpowiednim miejscu. Po nitce do kłębka prowadzi dochodzenie, odkrywając, że wszystko to wiąże się z dawno zarzuconym Północnym Planem Opieki Medycznej. Skomputeryzowany system, chociaż tak dobrze pomagał stawiać diagnozy, został po cichu wyprowadzony z użycia, a osoby z nim związane dziwnym trafem okazują się być martwe.

Uzdrowiciel” ma właściwie dwa największe mankamenty. Jednym z nich są bohaterowie, którzy wprowadzani ze strony na stronę, w liczbie większej niż można zapamiętać, wywołują w głowie czytelnika niezły mętlik, z którego nie wygrzebie się on nawet po przewróceniu ostatniej kartki. Autor zresztą nie daje do tego motywacji, gdyż jakikolwiek zarys psychologiczny ma jedynie główny bohater, a i ten pozostawia wiele do życzenia. Jedyne, co o nim wiemy to to, że zrezygnował niegdyś z pracy w Inspektoriacie na prośbę żony. Ta z kolei postać powstała chyba jedynie po to, by nasz bohater miał, gdzie wyładować frustrację, a także, by naprowadzać go na nowe, genialne pomysły.

I w tym momencie trafiamy na kolejny problem, mianowicie styl pisania. Dialogi są bardzo drętwe, a z początku lektura sunie jak po gruzie, gdyż nie potrafimy odnaleźć się w opisywanej scenie. Nie jestem do końca pewna, czy to wina tłumacza czy samego autora (który nomen omen ma w dorobku wiele pozycji). Ten pierwszy jednak spisał się z pewnością z przetłumaczeniem tytułu książki, który w oryginale zdradza trochę zbyt wiele.

Mimo ewidentnych wad, książkę czyta się bardzo szybko i można ją stosować jako przerywnik w lekturze poważniejszych pozycji. Plusem są trafne przemyślenia, a także umiejscowienie głównych wydarzeń w Anglii. Akcja mknie prędko, rwie się w odpowiednich momentach, przez co wydaje się być idealna na film. Po przekroczeniu mniej więcej połowy, ciężko jest się oderwać. Niestety, wrażenie po lekturze pozostaje raczej negatywne. „Uzdrowiciel” to książka dla miłośników tego gatunku, którym nie straszny brak rysów psychologicznych, czy odrobina schematu. Gdyby przymknąć oko na te braki, będziecie się w miarę dobrze bawić, jeśli tylko przebrniecie przez pierwszą połowę.

Kasia Pietraszko
(kasia.pietraszko@kobieta20.pl)

Ken McClure, „Uzdrowiciel”, Amber 2012




Społeczność
Reklama