„Diablero” - recenzja

Opublikowano: 2019-01-10
Recenzja książki „Diablero”.
Cheruby, anioły i diabły, a do tego ich nielegalne walki chętnie oglądane przez biskupów i gawiedź. To nie mogłoby istnieć bez diablero…

Elvis Infante nie miał łatwego życia. Po tragicznej śmierci brata w niewyjaśnionych okolicznościach zaciąga się do wojska, a tam poznaje kapitana Potockiego. To on wciąga chłopaka podczas służby w Afganistanie do tajemniczej jednostki wojskowej zwanej popularnie diablero. Choć żołnierze zdają się szukać, jak reszta amerykańskiej armii, talibów zagrażających im oraz otoczeniu, w istocie cel ich poszukiwań jest zupełnie inny. To właśnie w tym regionie nieco wcześniej złapano niezwykłego… cheruba. I chodzą plotki, że to właśnie tutaj, w ukrytej w górach świątyni, mieszka arcydemon. A zadaniem diablero jest go odnaleźć, pojmać i dostarczyć do Konklawe, tajnej organizacji związanej z kościołem, a zajmującej się głównie organizacją walk istot nadprzyrodzonych. Elvis zdaje sobie sprawę, że w ramach swoich nie do końca legalnych działań w końcu popadnie w tarapaty. Te przychodzą do niego pod przebraniem przystojnego księdza i gotyckiej lolitki…

„Diablero” to opowieść wielowątkowa. Dodatkowo nie ma jednolitego charakteru, dlatego trudno zaliczyć ją jednoznacznie do thrillerów czy horrorów, którym jest chyba najbliższa. Na pewno nie brak w niej czarnego humoru, który nie każdemu przypadnie do gustu. Porusza też ryzykowną tematykę związaną z wiarą i religią, czyli rzeczami, na punkcie których Polacy mają lekkiego fioła. Dlatego wierzę, że nie jest to książka dla każdego, nawet jeśli jest całkowitą i podszytą humorem fikcją.

Elvisa poznajemy w różnych okolicznościach, od czasów sprzed wojska, aż po te, w których akcja toczy się obecnie. Z tego powodu możemy przyjrzeć się jego postaci ze wszystkich stron – i nie zawsze będzie to obraz, który się nam spodoba. Skłonny do ryzykowania, uparty, nastawiony na zarobek, a przy tym na swój sposób honorowy Elvis Infante jest piekielnie dobrym diablero. Radzi sobie zarówno z pomniejszymi demonami i cherubami, jak również wyższą instancją sił nadprzyrodzonych. Przy takiej trudnej sprawie poznajemy go wraz z charyzmatycznym, ale przeczącym swojemu powołaniu księdzem Benjaminem. Dopiero po czasie orientujemy się, że te same postaci znamy już spod innych pseudonimów. Nie brak też postaci kobiecych, które obejmują całe spektrum charakterów – i choć nie grają pierwszych skrzypiec, to stanowią dobre uzupełnienie.

Wielowątkowość i liczne retrospekcje mogą utrudniać odbiór książki, zwłaszcza gdy do czynienia mamy z ta wieloma zmiennymi pseudonimami i miejscami o skomplikowanych nazwach. Jednocześnie tematyka mnie – fankę horrorów i grozy – przyjemnie rozpieszcza. Nie ma tutaj mowy o przesadzonych opisach. Dzieje się raczej to, co znamy już z literatury i filmów z tego gatunku. Jednocześnie, osadzone w nieco krzywym zwierciadle wydarzenia pozwalają nam spojrzeć na to, co straszne, z zupełnie innej perspektywy.

Przy „Diablero” bawiłam się bardzo dobrze – i bawiłam jest chyba najlepszym określeniem. Choć książka chwilami faktycznie nieco straszyła swoją treścią, bo autor dobrze włada piórem, to nie była tak przerażająca, jak się spodziewałam. To ciekawe spojrzenie na świat z perspektywy, o której nikt z nas dotychczas nie myślał. Książka Haghenbecka zdecydowanie narobiła mi smaku na serial – jeśli okaże się choć w połowie tak dobry fabularnie, a do tego bogaty w efekty specjalne, może być ciekawym sposobem na spędzenie kilku wieczorów.

Paulina Grzybowska
(paulina.grzybowska@dlalejdis.pl)

F. G. Haghenbeck, „Diablero”, Poznań, Dom Wydawniczy REBIS, 2018.




Społeczność
Reklama


 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat