W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


„Dieta szczęścia” – recenzja

Opublikowano: 2017-10-12
Recenzja książki „Dieta szczęścia”.
Czy dieta i szczęście mogą być synonimami?

Kto jak kto, ale ja jestem kobietą, która o dietach wie wszystko. Opanowałam już chyba wszystkie, oczywiście z różnym skutkiem. Swoją przygodę rozpoczęłam (pamiętam jak dziś) od diety kopenhaskiej składającej się z  jajka, pomidora i kawy. Stosowałam ją dwa tygodnie, oczywiście z tragicznym skutkiem. Podobnie było w przypadku diety kapuścianej, diety Dukana, diety doktor Dąbrowskiej… Była poprawa, czasem nawet znaczna, ale po niej następował efekt jojo i bajka się kończyła. Mogłabym tak w nieskończoność wyliczać moje dietetyczne przygody, ale nie chcę zanudzać czytelników. Dodam, że obecnie jestem na diecie cud, gdyż żrę i czekam na cud. Taka dieta bardzo  mi odpowiada.

Mimo zamiłowania do mojego obecnego jadłospisu postanowiłam sięgnąć po „Dietę szczęściaToma Kerridge – angielskiego szefa kuchni, znanego z takich programów jak „Bake Off” czy „Tom Kerridge – dania prosto z pubów”. Mężczyzna w ciągu ostatnich trzech lat zrzucił przeszło 70 kilogramów i przeszedł ogromną metamorfozę, co zresztą widzi każdy, kto śledzi programy z jego udziałem.

W swojej książce „Dieta szczęścia” postanowił podzielić się ze swoimi fanami i czytelnikami swoją receptą na szczupłą sylwetkę i dobry humor, bo jak twierdzi Kerridge (i ja się z nim zgadzam) ważne jest znalezienie czegoś, co można stosować długoterminowo; styl żywienia, który nie znudzi się po kilku tygodniach, po których nie wróci się do swoich starych zwyczajów. Metodą prób i błędów Tom Kerridge skonstruował swoją własną, autorską dietę niskowęglowodanową, w której ogromną rolę odgrywa dopamina. Szef kuchni postarał się, aby w jego przepisach zagościły produkty zawierające tyrozynę, które potęgują przyjemność z samego jedzenia. Węglowodany zredukowane do niezbędnego minimum, produkty bogate w białko i zdrowe tłuszcze, rezygnacja z alkoholu oraz aktywność fizyczna okazały się strzałem w dziesiątkę.

Dieta szczęścia” oprócz przedmowy autora, założeń jego diety oraz listy niezbędnych składników zawiera przede wszystkim ponad 100 przepisów na wyśmienite potrawy, które nie tylko doprowadzą nasze podniebienia do obłędu, ale przede wszystkim pozwolą na zachowanie idealnej sylwetki. Powiem szczerze, że patrząc na ilustracje przygotowanych dań, niejednokrotnie ciekła mi ślinka. Z zaangażowanie przeglądałam kolejne strony, wyszukując przepisy, które trafią w gusta moje i mojego męża, ale niestety… ze strony na stronę mój entuzjazm gasł. Dlaczego? Bo niektóre produkty są albo niedostępne w Polsce, albo tak horrendalnie drogie, że po kilku dniach stosowania tej diety spłukałabym się z kasy do cna. Na szczęście dostrzegłam światełko w tunelu – dzięki mojej koleżance dietetyczce wiem, że niektóre zagraniczne produkty można zamienić na ich tańsze odpowiedniki lub wykonać  samodzielnie.

Dieta, która nie jest sycąca i smaczna nie ma najmniejszych szans na powodzenie. Dlatego też z całego serca polecam zarówno przyjętą filozofię jak i przepisy pana Toma Kerridge. To wysublimowane połączenie smaku, zdrowia i dobrego samopoczucia!

Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)

Tom Kerridge, „Dieta szczęścia”, wyd. Zwierciadło, Warszawa, 2017 r.




Społeczność
Reklama