W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


Gdańska Agatha Christie znów zabija

Opublikowano: 2011-04-21
Recenzja książki "Cień gejszy".
Najnowsza powieść Klejzerowicz tak bardzo mnie wciągnęła, że zapomniałam o całym świecie i gorączkowo przerzucałam kolejne kartki, by dowiedzieć się, jak zakończy się dramatyczna historia, a raczej – historie.

Fabuła bowiem łączy w sobie dwie płaszczyzny oddalone od siebie czasem i przestrzenią. W ostatecznym rozrachunku okazuje się jednak, że nie są one od siebie aż tak odległe, jak na początku mogło się wydawać.

W 1905 roku w Japonii w niewyjaśnionych okolicznościach ginie biały mężczyzna i jego ukochana narzeczona - gejsza. Nieznany sprawca bezlitośnie rozprawia się z dwójką kochanków. Natomiast we współczesnym Gdańsku ktoś za pomocą internetu próbuje rozprawić się z lokalnym dziennikarzem – Emilem Żądłem. Na forach pojawiają się coraz liczniejsze wpisy, kierowane pod jego adresem, a nawiązujące do tajemniczych drzeworytów japońskich, o których bohater nie ma najmniejszego pojęcia. Gdy jednak kręgi tajemnicy silnie pachnącej drzewem wiśniowym zacieśniają się coraz bardziej wokół Emila i jego bliskich, podejmuje on wyzwanie i stawia czoła demonom miłości, zdrady i zemsty, które postanowiły o sobie przypomnieć.

Nie śmiem opowiadać fabuły, która przecież ma zaskakiwać na każdej stronie. Nieustanne zwroty akcji sprawiają, że czytelnik czuje się jak podczas brawurowej jazdy samochodem wyścigowym.  Klejzerowicz nie zwalnia tempa nawet na chwilę, dłuższe fragmenty poświęcone historii sztuki tak naprawdę tylko podkręcają tempo, bo dzięki nim można lepiej zrozumieć intrygę. Pozwalają złapać oddech, by zrobić miejsce na kolejny szalony wyścig z czasem.

Do tej niesamowitej szybkości świetnie dopasowano język wypowiedzi. Krótkie, mocne zdania pasują do błyskawicznie następujących po sobie wydarzeniach. Nawet wspomnienia o niektórych morderstwach utrwalono językiem prostym, ale dobitnym. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że w niektórych momentach autorka po prostu bezdusznie potraktowała swoich bohaterów, odczłowieczyła ich, przypisując im jedynie rolę przekaźników informacji potrzebnych w danym miejsce i czasie. Ale właściwie nie powinno to dziwić. Przecież w najlepszych kryminałach jest przede wszystkim ON – ten, który na pewno rozwikła tajemnicę, a potem wszyscy inni. Czasem mają co najwyżej przyjaciela, pomocnika. Emil Żądło ma ukochaną Martę i przyjaciela – Marka Zebrę, którzy pomagają mu pokonać kolejne przeszkody w drodze do rozwikłania tajemnicy gejszy, jej brata i „gniadego konia”.

Szkoda tylko, że momentami w tym szalonym pędzie wydarzeń autorka nie przywiązała większej wagi do wprowadzania postaci, które, jak się okazuje, niejednokrotnie zmieniają bieg wydarzeń. Pojawiają się znikąd i przy trzecim czy piątym zdaniu o nich okazuje się, że ich pojawienie zmienia wszystko. Osobiście nie przepadam za takim zabiegiem, bo przerywa on ciągłość akcji, jej płynność i strukturę. Rozumiem, że kryminał ma zaskakiwać, ale jednocześnie nie powinno się rozpraszać czytelnika zmianami, których nie mógł przewidzieć. Wtedy trochę traci na wartości zabawa w odgadywanie, śledzenie tropów i analizowanie. Jednocześnie jednak u Klejzerowicz wiadomo, że nowa postać musi coś zmienić. Poprzez ograniczenie się do prowadzania jednego mistrzowskiego wątku, pomija się elementy, które nic nie zmieniają w samej akcji, ale zmylają przeciwnika, dają mu nowe tropy. Wtedy zabawa jest inteligentniejsza, bardziej wymagająca. Ale na pewno tak szybko nie docierałoby się do mety.

Cień gejszy” to wciągająca, dobra lektura na słoneczne popołudnie na tarasie czy w parku. Owiana nutką o zapachu wiśni i w kolorze lilii (powiem tylko, że to nawiązanie do tajemniczych drzeworytów) historia sprzed wieku, połączona z laptopem i dużą ilością mocnej kawy i papierosami tworzy upajającą mieszankę. W każdym razie ja się nią odurzyłam. I to tak bardzo, że z emocji nie mogłam wstać z łóżka jeszcze przez kilka godzin.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

Anna Klejzerowicz, „Cień gejszy”, Replika 2011




Społeczność
Reklama