W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


„Historia brzydoty” we Wrocławskim Teatrze Pantomimy – recenzja

Opublikowano: 2014-03-04
Recenzja spektaklu „Historia brzydoty”.
W pogoni za ideałem gubimy czasem same siebie. Jeśli zatrzymamy się w porę i spostrzeżemy, że sprawy zaszły za daleko, mamy szansę na ratunek. Jeśli nie, świat pożre nas nie licząc kalorii.

Brzydota różne ma oblicza. Jej odczuwanie przejawia się w niskiej samoocenie i kompleksach. Nie ma przy tym kobiety, która od czasu do czasu nie miałaby ochoty zasłonić domowego lustra. Sprawa komplikuje się, gdy owe kompleksy pochłaniają codzienność, a bezlitosne lustro zaczyna kłamać, ukazując nas grubszymi, brzydszymi i pełnymi niemożliwych do zaakceptowania wad. Tak właśnie stało się z pięcioma bohaterkami spektaklu „Historia brzydoty”, na którym miałam przyjemność pojawić się w pierwszym dniu marca bieżącego roku. Każda z nich zmagała się z własnymi demonami, te zaś łączyły swe siły pod dowództwem cyfry Zero, traktowanej przez kobiety jako najwyższe bóstwo. Do niej dążyły, o niej fantazjowały i jej podporządkowały swe życia. Wyścig, w którym dobrowolnie wystartowały, nie był łatwy. Każda z uczestniczek miała swe wzloty i upadki, raz będąc tuż obok Zera, a raz dalej, niż podczas startu. I gdyby nie kilka scen, które jednoznacznie wskazywały na wpadnięcie w sidła anoreksji, można by się pokusić o stwierdzenie, że spektakl poruszał o wiele szerszy problem, jakim jest współczesne skrajne wyzyskiwanie swojego organizmu, by osiągnąć zamierzony cel, czymkolwiek by on nie był. Anoreksja bowiem, podobnie jak inne choroby-uzależnienia oparte na dążeniu do wykreowanego we własnej głowie ideału (chociażby pracoholizm), jest przede wszystkim obsesją, nerwicą natręctw, obłędem.

Historię brzydoty” wystawiono na Scenie na Świebodzkim. Jest to sala, której zdecydowanie nie lubię, ze względu na małą widoczność zainscenizowanej przestrzeni. Tym razem miałam szczęście siedzenia w trzecim rzędzie, dzięki czemu nikt mi nie zasłaniał, a przynajmniej nie najważniejszych elementów. Dobra widoczność w pantomimie jest szczególnie ważnym aspektem, ze względu na brak słów - w tym przypadku minimalne ich użycie - i kluczową rolę mimiki, gestu, postawy. Tu zresztą aktorki wykazały się pełnym profesjonalizmem, wykorzystując giętkość ludzkiego ciała do oddania dramatu anoreksji, jakiego w rzeczywistości, miejmy nadzieję, nie miały okazji przeżyć. Drugą rzeczą, która zasługuje na równy podziw, jest użyta w spektaklu muzyka Michała Mackiewicza. Jej brzmienie wzbudzało grozę, pogłębiało przesłanie sztuki i pozwalało wczuć się w oglądaną historię. Nie bez znaczenia pozostawała także gra światłem, dostrojona do muzyki i plastycznych ruchów bohaterek. Jej moc najbardziej uwidoczniła się w końcowej scenie, gdzie wspomniane wcześniej bóstwo - Zero - zmaterializowało się w starodawnej, białej wadze. Zebrane dookoła dziewczyny wpatrywały się w nią tęsknymi oczami, zastanawiając się, do jakich wyrzeczeń ich jeszcze zmusi. Dzięki światłu padającemu z góry i od boku, waga stawała się raz miękka i wypukła, raz wklęsła i przypominająca szkielet. Świeciła swoim własnym blaskiem, onieśmielała, obezwładniała potęgą. Kumulowała w sobie wszystkie pragnienia bycia piękną, szczupłą i idealną, które zrodziły się w bohaterkach, gdy te były jeszcze małymi dziewczynkami. A dziś, po upływie wielu lat, jak mantrę pozostało im powtarzać dwa słowa - „jestem szczęśliwa”, jakby samo ich wypowiadanie miało sprawić, że choć przez chwilę to szczęście poczują.

Sztuka miała jednak także słabszą stronę, którą stanowił nadmiar słów. Idąc do Teatru Pantomimy spodziewałam się bowiem zupełnej ciszy - jeśli chodzi o kwestie, nie o muzykę - a w „Historii brzydoty” pojawiło się ich zaskakująco dużo. Były pojedyncze wyrazy, były całe monologi, był też śpiew. Uważam to za zbędne. Aktorki grały na tyle dobrze, że ich gesty i ruchy z powodzeniem same się broniły. Nie trzeba było stosować dodatkowych zabiegów, nawet jeśli miały pełnić wyłącznie rolę ozdobników. Wystarczający ozdobnik stanowiły stroje, o których też warto wspomnieć. Czarne, idealnie dopasowane kostiumy, wraz z wcześniej wspomnianą grą światem, przekształciły pięć kobiet o idealnych figurach w posiadaczki anorektycznych ciał, ziemistych cer i wątłych kończyn. Dzięki temu wszystkiemu, przez nieco ponad godzinę trwania sztuki, widzowie z łatwością mogli przenieść się w świat pełen lęków, obaw i obsesji, poddając przy tym refleksji swoje własne życia. Bo czy i my czasem nie przesadzamy? Czy nie gnamy dokądś bez sensu, zatracając przy tym zdrowy rozsądek, a może nawet zdrowie? Odpowiedzi na te pytania nie są proste i nie można ich udzielić ot tak, nie zanurzając się uprzednio we własnym wnętrzu. W takim zaś zanurzeniu pomaga „Historia brzydoty”, co stanowi wystarczający powód, by poświęcić jej wieczór.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Fot. Edyta Antoniewicz




Społeczność
Reklama