W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


„Konkurs na żonę” – recenzja

Opublikowano: 2017-06-19
Recenzja książki „Konkurs na żonę”.
Świat pochodzącej ze wsi pilnej, nieśmiałej studentki i lubiącego rozrywki prawnika powracającego ze Stanów teoretycznie nie powinien się spotkać.

W praktyce z tego spotkania wychodzi coś, czego nikt się nie spodziewał…

Łucja to młoda studentka, która do swoich uczelnianych obowiązków podchodzi naprawdę poważnie. Wynika to między innymi z tego, że jest pierwszą kobietą ze swojej rodziny, której udało się pójść na studia i wyrwać z rodzinnej wsi. Osierocona w młodym wieku i wychowana przez babcię opierającą swój świat na konkretnych, choć nieco przestarzałych zasadach, Łucja unika kontaktów z chłopakami i skupia się w całości na swojej przyszłości. Dzieje się tak aż do momentu, gdy – na wskutek uknutego spisku – poznaje Hugo. Ten niespełna trzydziestoletni prawnik z praktyką w USA został spadkobiercą swojego wujka, który jednak postawił jeden warunek: Hugo do ukończenia 30 roku życia musi mieć żonę i dziecko. Zgorzkniały młodzieniec ze swoim przyjacielem uknuł więc plan znalezienia posłusznej, grzecznej i raczej mało wymagającej dziewczyny, która byłaby zachwycona wizją  małżeństwa z wziętym prawnikiem. Teoretycznie wszystko wydaje się zmierzać ku sukcesom, kiedy jednak los postanawia spłatać figla zbyt pewnemu siebie mężczyźnie.

Konkurs na żonę” to dopiero pierwszy tom cyklu o przygodach Łucji i Hugo – pary niezwykle charakterystycznej, nietypowej, ale jednocześnie dobrze wpisującej się w literacki kanon historii miłosnych. Czy opowieść jest tak nietypowa, jak przedstawiały ją rozmaite recenzje? Trudno powiedzieć – jest na pewno inna, trochę bajkowa, trochę wzorowana  na komediach romantycznych – choć póki co bez wesołego zakończenia. Ostatecznie wychodzi na to, że mimo wszystko jest to historia nieco sztampowa, a jej zakończenia można było się spodziewać, aczkolwiek nie odejmuje jej to pewnego rodzaju uroku.

Postaci przedstawione przez Beatę Majewską są dość charakterystyczne, nie brak im cech typowo ludzkich, ale jednocześnie niekoniecznie nie zapadają specjalnie w pamięć. Łucja ze swoimi przyjaciółkami stanowi typowy przykład brzydkiego kaczątka, nad którym – z pobłażaniem, ale i sympatią – pracują dwie dziewczyny. Hugo, jak przystało na jego postać, jest niezwykle pewny siebie, choć jest to pewność pozorna, a jego wnętrze kryje niejedną tajemnicę, o której jednak czytelnik nie dowie się na początku. Postać babci Łucji wchodzi w rolę mentora, który snuje przemyślenia pełne ludowych truizmów, jak można się spodziewać. Pod względem bohaterów jest to więc opowieść wpisująca się dobrze w romantyczne schematy i raczej wolna od zaskoczeń i zwrotów akcji.

Czy to wszystko oznacza, że „Konkurs na żonę” kiepsko się czyta? Oczywiście nie, pod względem językowym i budowy fabuły jest to opowieść bardzo atrakcyjna, ciekawa, zwłaszcza dla kobiet nastawionych na typowo romantyczną historię z dalszym ciągiem w kolejnych tomach. Książka świetnie wpisuje się w nurt polskiej literatury kobiecej, kryje w sobie fabułę na ciekawie spędzone, leniwe popołudnie, a dla tych, których wciągnie, oferuje również kolejny tom.

Paulina Grzybowska
(paulina.grzybowska@dlalejdis.pl)

Beata Majewska, „Konkurs na żonę”, Wrocław, Publicat, 2017.




Społeczność
Reklama