„Lucyfera” - recenzja

Opublikowano: 2019-09-16
Recenzja książki „Lucyfera”.
„Skoro mam grać świętą o wątpliwej reputacji, to mogę poćwiczyć”

Historia zaczyna się dość prosto: oto Maria jedzie na zdjęcia, bo właśnie zatrudnił ją niezwykle znany reżyser francuski. Sama zainteresowana wie jedynie, że ma zagrać Marię Magdalenę, tę samą, która towarzyszyła Chrystusowi. Po latach pracy w serialach i teatrze, Marii marzy się światowa kariera, którą ten właśnie projekt może jej zapewnić. Sam projekt jest tak tajemniczy, że do jego realizacji zaangażowano zaledwie kilka osób. Aktorka nie zna nawet scenariusza, który jest odsłaniany przed nią każdego dnia i to w czasie zdjęć. Pewne jest to, że jej postać ma być ubrana w epokowe stroje, że nie wypowiada ani słowa, a zdjęcia są realizowane w naturalnych plenerach francuskich.

Tajemniczość projektu jest tak duża, że już po kilku dniach ginie historyk, mocno zaangażowany w całą historię. Okazuje się, że życiorys Marii Magdaleny, która według niektórych przekazów dotarła po śmierci Jezusa do Francji, jest jedynie pretekstem do przekazania najnowszych odkryć z pogranicza fantastyki, nauki, historii i religii. Pełno tu będzie odniesień do Świętego Graala, ale również do innych wydarzeń historycznych o dość dyskusyjnym charakterze. Tak się bowiem składa, że najnowsze dzieło reżysera ma być fabularyzowanym dokumentem, który opowie nie tylko o życiu Marii Magdaleny we Francji, ale również  odkryje mniej znane karty z historii kościoła katolickiego. Pojawią się zatem wzmianki o służbach specjalnych Watykanu czy o tajemniczych zrzeszeniach, których głównym celem było ukrywanie mniej wygodnej prawdy. Do tego autorzy sięgną po mniej znane dokumenty kościoła oraz ewangelie, które nigdy nie zostały uznane za księgi święte.

Książkę czyta się właściwie niespiesznie, jak niespiesznie toczą się dni na francuskiej prowincji, gdzie są realizowane zdjęcia. Spotkania z różnymi osobami, w tym m.in. z kustoszami miejsc sakralnych, w których miała przebywać Maria Magdalena, mają stanowić dokumentację, ale jednocześnie bywają pretekstem do ujawniania różnych odkryć. Co jakiś czas podkreślane jest zdanie, że całe przedsięwzięcie, jakim jest film, jest wyjątkowe i zmieni losy milionów wiernych, zdradzając tajemnice ukrywane czasem przez tysiąclecia.

Do projektu dołączają także tajemnicze postacie, które ni to chronią, ni to prześladują główną bohaterkę. Po nagłej śmierci historyka, zaangażowanego w pracę nad filmem, do ekipy dołącza nowy historyk, którego polska para przypadkowo pozna. Będzie także coraz więcej „przypadkowych” wydarzeń i spotkań, które mogą mieć znaczenie dla całej historii.

„Lucyfera” będzie świetną lekturą dla miłośników historii kryminalnych, ale także dla wszystkich, którzy poszukują nieprawdopodobnych historii i wierzą w teorie spiskowe, zwłaszcza w kontekście kościoła katolickiego. Doceniam pracę autorów, którzy wyszukali dziesiątki ciekawostek historycznych i spięli je w ciekawą fabułę. Natomiast ci, którzy szukają tutaj ciemnych mocy i szatańskich działań mogą się mocno rozczarować. Dlaczego? Otóż tytułowa Lucyfera to „niosąca światło”, a taki przydomek otrzymała pewna kobieta, której historia stała się kanwą do całej opowieści.

Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)

Jerzy A. Masłowski, Wojciech M. Cegielski, „Lucyfera”, Psychoskok, Konin, 2019 r.




Społeczność
Reklama


 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat