„Mój mąż drwal” – recenzja

Opublikowano: 2018-03-06
Recenzja książki „Mój mąż drwal”.
Zaprzeczenie kryzysowi męskości, kryzysowi kobiecości i kryzysowi rodziny.

Z czym kojarzy mi się świat, w którym samej przyszło mi żyć? Z przemianami. Z ciągłymi i nieustannymi przemianami, od których pęka mi łeb. Przeglądam Facebooka i co widzę? Zgraja zdziczałych i brzydkich bab, zwących się feministkami, łazi po ulicach z gigantycznymi transparentami „pierdolę, nie rodzę”. Wychodzę z Facebooka i włączam telewizor. „Liberalizm!”, „Demokracja!”, „Akty seksizmu!” – drą się wypudrowane ryje z ekranu telewizora w rytm piosenki Conchity Wurst. Zdenerwowana ruszam na zakupy do jednej ze znanych sieciówek. Wybieram fantastyczną koszulę i podchodzę do kasy, aby za nią zapłacić. „A zdaje sobie pani sprawę, że to z kolekcji męskiej?” – pyta ekspedientka. Rozjuszona, szybkim korkiem opuszczam sklep, połykając przekleństwa, które cisną mi się na usta.

„Czy ten świat już naprawdę do reszty oszalał?” – pytam siebie. Facet nie przypomina faceta, baba nie przypomina baby. Wszyscy walcząc w imię jakiś śmiesznych idei, robią z siebie pajaców na potęgę. Bo jaki wizerunek mężczyzny kreują dzisiejsze media? Albo chudego gogusia wypicowanego jak moje auto na święta (koniecznie w rureczkach, z torebunią od Gucciego i gigantycznym pompadour) albo cipciusia – umysłowego niedołęgę i wiernego sługę swojej mamuni. Obserwując to, cieszę się, że mój mąż jest normalny i czekam, kiedy kobiety zatęsknią za prawdziwymi mężczyznami. Za mężczyznami o wielkich, szorstkich dłoniach i szerokich ramionach; za mężczyznami, którzy bez problemu przetkają zapchany zlew i wreszcie, za mężczyznami, którzy wiedzą, że prawdziwe jedzenie zaczyna się od jajecznicy i golonki przepijanej piwem. Być może tęsknoty te obudzi książka Anny RadziejewskiejMój mąż drwal”?

Mój mąż drwal” to pourywane zapiski matki i żony, garście zapamiętanych anegdot, historyjki z przeszłości i przepisy. A wszystko to w rodzinnej, ciepłej i serdecznej atmosferze, bo jak pisze sama autorka: „Rodzina to siła […] To moc 1000 KM na osobę, fala tsunami, potęga nie do zatrzymania.” To zdanie w zupełności wyjaśnia pobudki, dla których Radziejewska postanowiła napisać książkę, która nam, Polakom, jest bardzo potrzebna. Szczególnie, gdy spustoszenie sieje wszechobecny kryzys – kryzys męskości, kryzys kobiecości, kryzys rodziny. Ta książka pokazuje, że prawdziwi mężczyźni i nieustraszone kobiety istnieją! Co więcej mogą stworzyć świetny związek oparty na wzajemnym szacunku i umiejętności cieszenia się teraźniejszością, bez czekania na wyimaginowane jutro.

Książki nie zaliczyłabym do literatury wybitnej, ale chyba nawet sama autorka do takowej nie aspirowała. Lektura nie wymaga od nas głębokiej uwagi, skupienia czy rozmyślań nad istotą życia. Nie! Jest ona lekka, ujmująca swoją prostotą i humorem, przez którego pryzmat autorka pokazuje nam swój świat.

Polecam książkę wszystkim małym facetom (żeby wiedzieli jak ciężko w życiu ma ten wielki - drwal), zagorzałym feministkom (aby gotowały się w kotle zazdrości), wątpiącym w miłość (bo ta istnieje i rodzi się przy kanapce z pasztetem), wegetarianom (aby skosztowali z przepisu na postny smalczyk) i odchudzającym się (aby pamiętali, że więcej ciałka do kochania to plus, a nie minus). Uważam, że „Mój mąż drwal” to naprawdę świetna lektura na dwa sielskie wieczorki przy piwku.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Anna Radziejewska, „Mój mąż drwal”, wyd. Psychoskok, Konin, 2018 r.




Społeczność
Reklama


 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat