W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


Monika Szwaja: „Mężczyźni też czytają moje książki, tylko nie chcą się przyznać”

Opublikowano: 2010-10-13
Wywiad z Moniką Szwają.
Iwona Kusiak: Tytuł pierwszej książki brzmi jak wyznanie „Jestem nudziarą.” A jak zatytułowałaby Pani książkę o sobie i jak scharakteryzowałaby Pani główną bohaterkę?

Monika Szwaja: O sobie książkę zatytułowałabym „Autobiografia.” Nie próbowałabym się jakoś charakteryzować. Jest to trudne zadanie, każdy ma tendencję do pochlebiania sobie, a tego chciałabym uniknąć.

IK: Twierdzi Pani, że posiada „wbudowany szwendacz”. Gdzie Panią już zaprowadził?
MSz:
„Szwendacza” to ja mam od urodzenia. Dodatkowo uprawiałam taki zawód, który sprawiał, że stale gdzieś jeździłam po Polsce. Jestem entuzjastką naszego kraju, jest przepiękny i bardzo go lubię. Teraz jestem na emeryturze, więc mogę sobie pozwolić, żeby co jakiś czas gdzieś wyskoczyć. Ostatnio byłam w Bretanii i cały czas mam przed oczami Atlantyk, który uderza w skały.

IK: W jaki sposób wykorzystuje Pani te doświadczenia w swoich książkach? Ma to jakieś przełożenie?
MSz:
Czasem ma. Gdy jest mi potrzebne jakieś miejsce, to wybieram te, w którym byłam i je sobie spokojnie spożytkowuję. Na przykład większość książek dzieje się w Szczecinie. Oprócz tego mieszkałam kilka lat w Karkonoszach, więc i Karkonosze są u mnie, i Karaiby, na których miałam życiową, żeglarską przygodę. I teraz w nowej książce będzie ta Bretania.

IK: Jaka to będzie książka?
MSz:
Tym razem będzie to historia polsko-francuskiej młodej kobiety, która dostała w Polsce spadek. Wyjeżdża z tej swojej Bretanii, żeby zobaczyć co odziedziczyła. Dostała dom w pięknym miejscu w górach, z widokiem na Śnieżkę. Dokładnie wiem już, w którym miejscu w Zachełmiu. Niestety dom z wariatką w środku. I ma problem, bo nie wie czy tam zamieszkać, czy go sprzedać. Już wcześniej myślała o wyjeździe z Francji. Ostatnio zastanawiałam się, jaki powód może mieć taka „kobitka”, żeby wyjechać z tak pięknego kraju. Ale wymyśliłam. Ona boi się oceanu. Ten Atlantyk czasami zalewa miasteczko, w którym mieszka i ona się tego właśnie śmiertelnie boi. To jest motywacją, żeby stamtąd wyjechać. Ale z kolei tu ma wariatkę… Będzie się zastanawiać, co zrobić.

IK: Pytając o autorki w Polsce, które zajmują się typowo kobiecą literaturą, najczęściej padają nazwiska Grochola i Kalicińska. Dlaczego, pomimo doświadczenia w branży i pokaźnego zbioru napisanych książek, tak mało Szwaji w mediach?
MSz:
I dobrze, bo ja jestem skromna dziewczynka. Pracowałam w telewizji szczecińskiej. Owszem, robiłam materiały do Warszawy, ale potem mi się nie chciało, bo mnie to brzydziło. Ponieważ ja, kobieta po pięćdziesiątce, musiałam pokazywać panience lat dwadzieścia pięć, że potrafię robić kino. Wolałam za mniejsze pieniądze robić materiały do ośrodkowego programu. Oprócz tego naprawdę jestem skromna. I do tego mało medialna. Nie jestem młoda, nie jestem piękna, szczupła i zgrabna. Same tyły. Nie wystąpię w „Tańcu z gwiazdami.” Za to książki się sprzedają, ludzie czytają i to jest dla mnie najważniejsze. Z tego się naprawdę cieszę i nie jest to kokieteria. Ja już naprawdę mam dużo lat i mi się już nie chce specjalnie wyginać.

IK: Ale jednak „wygięła” się Pani i założyła wydawnictwo. Jak to się stało? Pomimo, że jest to „jedno jabłko”, bo wszystko kręci się wokół książek, ale jednak ugryzione od całkiem innej strony…
MSz:
Był to efekt prostego myślenia. Wydawałam książki u Prószyńskiego i bardzo mi się podobało. Natomiast pomyślałam, że gdybyśmy z kolegami założyli własne wydawnictwo i skoncentrowali się tylko na moich książkach, z myślą o dalszym rozwoju, to lepiej zarobimy. Żeby też tak nie było, że odeszłam od Prószyńskiego, bo mi mało płacił. Nie, oni mnie bardzo dobrze traktowali i płacili mi, ile mogli. Tylko mały wydawca może sam sobie więcej zapłacić. Nie musi utrzymywać całego wielkiego wydawnictwa i tych wszystkich książek, które się nie chcą sprzedawać. Ileś tam książek leży w magazynie, ktoś musiał zapłacić za druk i dystrybucję. Na to między innymi idą pieniądze z tych, które ludzie kupują. Poza tym trafiłam na dwóch bardzo przyjemnych panów, doskonale znających się na rzeczy i tak sobie pomyślałam, że może być fajnie. I jest fajnie.

IK: Czego nauczyła Pani praca w wydawnictwie SOL?
MSz:
To jest trudne pytanie. Obecnie wydawnictwo w tej chwili prowadzi mój kolega Mariusz Krzyżanowski, który się na tym świetnie zna. A ja go wspieram literacko. Nie tylko piszę, ale także biorę udział w ocenie książek, pomagam w pracach redakcyjnych. Ale wydawcą prawdziwym to jest on. On jest to sol [łac. słońce, przyp.red.].

IK: Udostępniła Pani jako na oficjalnej stronie swój adres mailowy [monika@monikaszwaja.pl]. Niewiele autorów decyduje się na to. Jak to się przekłada na Pani pisarstwo, jaki wpływ mają na Pani książki czytelnicy?
MSz:
Nie mają wielkiego wpływu, bo wiem czego chcę i w tych listach nie ma inspiracji. Są za to komentarze. Miałam kiedyś księgę gości na mojej stronie internetowej i było mnóstwo wpisów takich miłych, uroczych. Natomiast później zaczęły się pokazywać posty od jakichś trolli okropnych, od ludzi pełnych nienawiści i takich, którzy chcą zamieszać. Pisali co tu tak słodko na tym blogu, co się tak wszyscy lubią na tym forum. Lubię jak się wszyscy lubią, dziwiłam się więc temu. W każdym razie miałam takie trzy podejścia. Potem już nie wytrzymałam i zlikwidowałam to forum. Natomiast od zawsze był tam adres i teraz każdy, kto chce do mnie napisać, już nie anonimowo, to się zastanowi. Jeśli chce tylko mnie plugawić, to tego nie zrobi. Jeśli chce mnie skrytykować sensownie, to dostaje taką możliwość. W tej chwili są to listy kulturalne, nie ma takiej jawnej nienawiści jak na anonimowych forach.

IK: Czyli zdarzają się także słowa krytyki w mailach? Nie są to tylko słowa uznania?
MSz:
To jest tak, że jeśli mnie się coś podoba, to mówię to artyście. Ale jeśli mi się nie podobało to uznaję, że osoba miała zły dzień. Ona o tym wie, więc nie będę psuła jej humoru. Niektórzy ludzie jednak tak lubią. Nigdy do mnie nie pisali, ale wreszcie któraś książka im się nie spodobała i stwierdzili, że to jest powód, aby do mnie napisać. Jedenaście razy nie pisali, a przy dwunastej już napisali, że ta książka Pani nie wyszła. Odpisuję, że jest bardzo wielu pisarzy, proszę znaleźć tego, który będzie Tobie odpowiadać.

IK: A są osoby, z którymi stale Pani koresponduje?
MSz:
Tak, są ludzie bardzo sympatyczni, z którymi się zaprzyjaźniłam mailowo. Na przykład moi ukochani marynarze z Morza Północnego, starsi mechanicy statków serwisowych typu offshore. To są takie statki, które daleko na Morzu Północnym obsługują wieże wiertnicze Są to naprawdę stuprocentowi faceci, nie byle kto. Mówi się, że piszę książki tylko dla kobiet, a to nieprawda. Dostałam też kiedyś uroczy list od kapitana żeglugi z Karaibów, który steruje wielkim masowcem. Napisał mi, że podkradał książki żonie, aż w końcu wziął je na statek. Najpierw oficerowie udawali, że ich to nic nie obchodzi, a potem też zaczęli czytać z nudów. Na początku wstydzili się przyznać. Teraz już cały statek czyta, wszyscy polscy oficerowie. Bardzo to sympatyczne. Więc mężczyźni też czytają moje książki, tylko nie chcą się przyznać.

IK: Czyli nie można nazywać jednoznacznie tej literatury kobiecą? Dla kogo są te książki w takim?
MSz:
Ja myślę, że jest to po prostu literatura obyczajowa. Jak pytają mnie dla kogo są te książki, to ja mówię, że dla kobiet, bo są o kobietach. I dla mężczyzn, żeby się czegoś o kobietach dowiedzieli. Nie będę pisać nigdy z punktu widzenia faceta, bo nim nie jestem. Jestem kobietą i znam się na kobietach.  Natomiast uważam, że powinniśmy znać się na sobie nawzajem. Więc jeśli mężczyźni chcą o kobiecej duszy poczytać, to proszę bardzo, ja się do tego nadaję.

IK: Była Pani dziennikarką, publicystką, teraz pisarką. W jaki sposób to ewoluowało w Pani, jest to przecież całkiem inny język, styl. Czy miała może Pani problemy, by  otworzyć się na inne pisanie?
MSz:
Wprost przeciwnie. Ja się czasami śmieję, ale coś w tym jest, że jako reporter telewizyjny zaoszczędziłam sobie mnóstwo słów.  Bo mistrzostwo w takim reportażu polega na tym, żeby było jak najmniej komentarza. Doszłam do takiej perfekcji, że u mnie w ogóle nie było komentarza. Więc ile niewypowiedzianych słów się we mnie nagromadziło przez te wszystkie lata (śmiech). I teraz sobie spokojnie piszę. Bo ogólnie lubię gadać, a telewizja nauczyła mnie zwięzłości. Za to teraz mogę się wyżyć. Co mi się kiedyś gdzieś tam zmarnowało, to teraz mam.

IK: Jak przebiegała praca nad pierwsza książką? Bo chyba najtrudniej otworzyć, zacząć, kiedy nie ma się jeszcze określonych ram, nie wie się jak zacząć.
MSz:
Pierwsza była na konkurs i to było tak, że akurat gwałtownie potrzebowałam pieniędzy, bo nie miałam programów. Byłam w strasznej sytuacji w telewizji, bo mi nie brali programów. Dziennikarze wszyscy tak mają, nie ma wierszówki, audycji, programu - nie ma pieniędzy. A akurat Zysk i Spółka ogłosił konkurs na polską Bridget Jones. Pierwsza nagroda to było 15 tysięcy, to by mnie wyciągnęło z tego dołka, w którym byłam. Więc napisałam książkę z miłości do telewizji - „Zapiski stanu poważnego.” Nie dostała pierwszej nagrody, chociaż otrzymałam zaproszenie do Wrocławia na galę rozdania nagród i myślałam, że jadę po wygraną. A tu się okazało, że jednak nie. Zainwestowałam w buty, kieckę, a tu takie straty! Ale trudno. Obiecano mi, że książka ukaże się, ale coś im się nie spieszyło. Zaczęłam szukać innego wydawcy. W międzyczasie napisałam kolejną, „Jestem nudziarą.” I ta książka została wydana przez Prószyńskiego. Więc jak już ta się wydała, to i Zysk chciał wydać, ale się już nie zgodziłam. Trzeba mnie było od początku traktować poważnie. Bo ja jestem lojalna, ale do pewnego momentu.

IK: Uprawiała Pani takie zawody, które wymagały obserwacji. Jeżdżąc po Polsce i promując swoje książki, wymieniając korespondencję, miała Pani przez cały czas styczność z kobietami. Jak zmieniły się przez te wszystkie lata?
MSz:
Kobiety były kiedyś bardziej potulne. Teraz się wyzwoliły, co jest zasługą między innymi naszych feministek, które mnie nie lubią, nawiasem mówiąc. Kobiety teraz są dzielniejsze i troszeczkę bardziej nakierowane na siebie, przy czym ten egoizm ja popieram, bo to jest zdrowy egoizm. Trzeba myśleć o sobie, nie tylko o dzieciach, domu i mężu. Ja generalnie jestem za myśleniem. Wydaje mi się także, że kobiety w tej chwili jakoś mniej boją się rzeczywistości.

IK: A jakich zmian jeszcze życzyłaby Pani kobietom?
MSz:
Kobietom, podobnie jak i mężczyznom, życzyłabym, żeby zawsze rozsądek sprawował pieczę nad tym, co robią. Bo rozumiem, że bardzo często podlegamy emocjom i czasami są one tak silne, że nie jesteśmy w stanie się sprzeciwić. Przecież każdy z nas takie emocje przeżywał, chociażby wielkie miłości, radości. Ale jeśli tylko możemy myśleć o tym, co przyniesie nasze postępowanie, czy nie skrzywdzimy kogoś, nie narozrabiamy w tym życiu, jestem za tym.

IK: A więc tego i ja sobie, Pani i czytelniczkom życzę. Dziękuję za rozmowę.
MSz:
Dziękuję.

Iwona Kusiak
(iwona.kusiak@dlalejdis.pl)



Społeczność
Reklama