W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


Niepokorna dusza o sobie i nietypowej książce – wywiad z pisarką Katarzyną Targosz

Opublikowano: 2014-05-01
Wywiad z autorką książki „Wiosna po wiedeńsku” Katarzyną Targosz.
30 kwietnia miała miejsce premiera jej debiutanckiej powieści, pt. „Wiosna po wiedeńsku”. Katarzyna Targosz opowiedziała nam trochę o sobie i swojej książce.

A.P.: Pani Kasiu, czytając krótką notkę biograficzną na Pani stronie internetowej pomyślałam „niespokojna dusza”, bo mamy w Pani osobie Ślązaczkę po hotelarstwie i studiach na kierunku geografii, z wyraźnie artystyczną duszą. Nie mogła Pani odnaleźć się w żadnym z wyuczonych zawodów?
K.T.: Bardziej określiłabym się jako niepokorną indywidualistkę. Zawsze ścierałam się z życiem, nie zgadzałam się na to, co mi przynosi. Wyślizgiwałam się z utartych torów. Chciałam za każdym razem postawić na swoim. Walczyłam o więcej. Poszukiwałam. Swojego miejsca, swojej drogi. W pewnym sensie nadal szukam.
Nie lubię stagnacji, rutyny. Wiele osób dąży do tego, by mieć stabilną pracę, codzienny ustalony rytm, zaplanowaną przyszłość. Mnie to przeraża. Miałam takie momenty po ślubie, czy narodzinach syna, gdy (mimo że było to spełnienie moich marzeń) wpadałam w panikę, gdy myślałam, że teraz już wszystko ustalone, że wiadomo, co będzie dalej. Na szczęście życie potrafi wiecznie zaskakiwać, nie zawsze miło, ale kolekcjonuję wszystkie doświadczenia, wszystkie są dla mnie cenne. A gdy jest za spokojnie, sama zaczynam mimowolnie szukać kija, który można by wetknąć w mrowisko.
Przyznaję, nie mam łatwego usposobienia i sama nieraz komplikuję sobie życie, ale uważam, że to właśnie dzięki tym moim niepokornym cechom charakteru udało mi się spełnić wszystkie życiowe marzenia. Zwyczajnie nie przyjmowałam nigdy do wiadomości, że mogą się nie spełnić.

A.P.: Jak wspomina Pani, pisze w zasadzie od dziecka. Stworzone dzieła chowała Pani do szuflady, czy pokazywała rodzinie, bliskim, wysyłała na konkursy literackie?
K.T.: Wszystkie moje działania życiowe wynikały zawsze z jednej motywacji – zwyczajnie chciałam je podejmować. Pisanie było wtedy dla mnie satysfakcjonującą formą spędzania czasu, rozrywką, taką jak słuchanie muzyki czy oglądanie filmów. Sprawiało mi to przyjemność i to mi wystarczało. Czasami faktyczne dręczyłam rodzinę swoimi wypocinami, ale jakoś wewnętrznie czułam, że czas na prezentację na szerszym forum jeszcze nie nadszedł. Pewnie, gdybym dorastała w obecnych czasach publikowałabym te dzieła na najróżniejszych blogach i portalach, ale cieszę się, że wtedy nie było takich możliwości. Dzięki temu mój styl i warsztat mogły spokojnie dojrzewać.

A.P.: Lada moment wychodzi Pani debiutancka powieść „Wiosna po wiedeńsku”. Naprawdę pisała ją Pani dziesięć lat, czy był to raczej czas jej dorastania i układania się w Pani głowie?
K.T.: Zależy, co rozumiemy pod określeniem „pisanie powieści”. Przyjmując różne kryteria można by powiedzieć zarówno, że pisałam ją dziesięć lat, jak i dwa miesiące.
Pomysł na tę książkę, jej szkic, powstał w mojej głowie już ponad dziesięć lat temu, gdy wróciłam z Wiednia. Szybko jednak został porzucony, a ja zajęłam się wieloma innymi sprawami. Byłam niespokojna, zawsze coś gdzieś mnie gnało, rozpraszało. Jednak przez te wszystkie lata w głębi duszy ten pomysł we mnie żył i urastał do rangi życiowego marzenia. Aż wreszcie nadszedł odpowiedni moment. Teraz wiem, że tak właśnie musiało być. Musiałam się na chwilę zatrzymać, wyciszyć. Któregoś dnia, gdy mój synek spał, po prostu siadłam i zaczęłam pisać. Całą powieść napisałam w dwa miesiące, mając jako podstawę tylko kilka pierwszych stron.

A.P.: Jestem ciekawa, jak zareagowała Pani rodzina na wieść, że wydaje Pani książkę. Wiedzieli, że prędzej, czy później będzie to miało miejsce, czy było to dla nich totalnym zaskoczeniem?
K.T.: Mój mąż, jak zawsze, wiedział o wszystkim. Jest moim najlepszym przyjacielem (zresztą był nim na długo przed naszym małżeństwem, przez co wie o mnie może nawet za dużo) i moim ogromnym wsparciem. Był też oczywiście pierwszym czytelnikiem powieści, a jego zdanie znaczyło dla mnie więcej niż zdanie kogokolwiek innego. Dodatkowo zawsze mogłam liczyć na jego pomoc – od banalnych wskazówek przy formatowaniu tekstu po podtrzymywanie na duchu w chwilach twórczych kryzysów.
Dalszej rodzinie pochwaliłam się dopiero, gdy wiedziałam już, że książka zostanie wydana. Jeszcze jej nie czytali i chyba trochę obawiają się, czy przypadkiem nie opisałam tam kogoś z nich.

A.P.: Akcja Pani debiutanckiej powieści rozgrywa się w Wiedniu. Dlaczego wybrała Pani właśnie to miasto? Dlatego, że „wiosna w Wiedniu jest najpiękniejsza”?
K.T.: Nie do końca można powiedzieć, że to był wybór. Wiedeń to jedno z moich dwóch ukochanych miejsc na ziemi, a przy okazji miasto, które bardzo dobrze znam. Już te argumenty przemawiałyby za umiejscowieniem akcji właśnie tam. Jednak to nie było tak, że wymyśliłam fabułę i wybrałam miejsce, w którym ją osadziłam. To właśnie miejsce zrodziło fabułę, przyniosło natchnienie i inspirację.
Patrząc z punktu widzenia czytelnika, to nie musiałby być Wiedeń. Ta historia mogłaby się rozegrać w każdym innym europejskim mieście. Ale patrząc z mojej perspektywy, to mogło być tylko tam. Jak do tej pory, każda z moich już napisanych, czy właśnie powstających powieści jest silnie związana z jakąś konkretną lokalizacją, która nadaje jej kształt i tworzy unikalny klimat. Miejsca są dla mnie bardzo ważne i niezwykle inspirujące. Każde z nich w pewien sposób mnie odmienia, przynosi inne emocje. Miejsca są też takimi punktami, w których łączą się wszystkie moje życiowe pasje i zainteresowania. Podróże, które uwielbiam, owocują jednocześnie wieloma fotografiami i pomysłami na kolejne książki.

A.P.: Katarina – główna bohaterka jest takim wolnym duchem, zdaje się żyć z dnia na dzień, jest spontaniczna i kreatywna. Jest podobna do Pani?
K.T.: Ciekawe, że to pytanie zawsze się pojawia. Być może to przez imię bohaterki, które już sugeruje jakieś związki między nami. Jeśli pyta Pani, czy pisałam o sobie, to nie. Nie w przypadku tej książki. Natomiast podobieństw nie jestem w stanie uniknąć. By coś robić muszę to w pełni czuć, identyfikować się z daną czynnością, z danym przedsięwzięciem. Chyba nie potrafiłabym stworzyć głównej bohaterki, która jest całkowicie ode mnie odmienna. Ale może kiedyś się o to pokuszę, to będzie interesujące wyzwanie.

A.P.: A Martin – mężczyzna jej życia, taki poukładany, stanowczy gość, ma trochę cech Pani męża?
K.T.: Gdy dziesięć lat temu tworzyłam ramy powieści i głównych bohaterów, nie znałam jeszcze mojego męża. Martin jest takim zlepkiem. Powstał z przepisu na mężczyznę idealnego - z połączenia najlepszych cech kilku znanych mi mężczyzn, a trochę z pragnień i marzeń. Poniekąd, gdy kreowałam tę postać, wymyśliłam faceta, jakiego sama chciałabym mieć.
I chyba go sobie „wypisałam”. Ta przejrzysta i niezmienna hierarchia wartości, stanowczość, twarde stąpanie po ziemi, to cechy, które bardzo mi w mężu zaimponowały, gdy go bliżej poznałam, bo mnie samej ich brakowało. „A żeby związek był udany, mężczyzna musi kobiecie imponować” – jak można przeczytać w „Wiośnie po wiedeńsku”.

A.P.: Wiem, że na pewno nie chce Pani zdradzać, ale czy związek takich ludzi ma prawo się udać? Przeciwieństwa się przyciągają, ale w pewnym momencie, gdy charaktery się docierają, może być ciężko stosować zasady kompromisu.
K.T.: I tak właśnie było w przypadku głównych bohaterów. Poznajemy ich przecież w momencie, gdy już od siebie odeszli. Już po tym, gdy uznali, że za wiele ich dzieli. Moim zdaniem zwyczajnie stchórzyli, poszli na łatwiznę. Bo przecież kryzysy, prędzej czy później, staną się udziałem nawet najbardziej zgranej pary. Trzeba umieć je przezwyciężać.
I nie ma czegoś takiego, jak przepis na udany związek. Jest tylko jeden ważny czynnik – miłość. Prawdziwa, dojrzała miłość jest w stanie wszystko przetrwać i wszystko zwyciężyć.

A.P.: Prócz Katariny i Martina, w „Wiośnie po wiedeńsku” jest sporo innych ciekawych postaci. Chociażby Kapelusznik, Wiktoria i Yvonne. Właściwie czytając książkę ma się wrażenie, że nie ma w niej typowego głównego bohatera, a jest raczej taki pierwszoplanowy z otaczającymi go świetnymi bohaterami drugoplanowymi. Czy gdzieś spotkała Pani pierwowzory tych postaci? Widziała na ulicy, poznała kogoś, kto nadał im rysy?
K.T.: Tu mnie Pani zaskoczyła, bo w moim odczuciu Katarina wyraźnie wysuwa się na pierwszy plan. Podkreśla to dodatkowo pierwszoosobowa narracja, do której mam słabość. Inni bohaterowie w założeniu byli stworzeni jedynie jako barwne tło. I tak – mieli swoje pierwowzory, jak zdecydowana większość postaci występujących w moich powieściach, z tym, że te autentycznie istniejące osoby były raczej inspiracją do tworzenia bohaterów niż ich prototypami. W kolejnej książce widać już bardziej namacalne powiązania między postaciami powieści a ludźmi z mojego otoczenia, natomiast w „Wiośnie…” całkowicie puszczałam wodzę fantazji, a bohaterowie ewoluowali w nieprzewidziany i szalony sposób. To było trochę, jak lepienie z plasteliny – mam kulkę (czyli w tym przypadku jakąś cechę, „ramę” danej postaci) i mogę z niej ulepić, co tylko chcę.

A.P.: Komu poleciłaby Pani swoją książkę? Jej czytelniczką powinna zostać marzycielka, czy twardo stąpająca po ziemi realistka? Młoda dziewczyna, czy kobieta z tzw. „bagażem życiowych doświadczeń”?
K.T.: Pisząc, myślałam o kobietach takich jak ja – nieco niestandardowych, nieco rozmarzonych, wolnych duchów niebiorących życia zbyt serio. Ale wiem już, że powieść podoba się też twardo stąpającym po ziemi mężczyznom i dojrzałym paniom na kierowniczych stanowiskach, więc chyba poleciłabym ją wszystkim, którzy lubią spędzać czas z ciekawą książką. Tworząc ją, pisałam coś, co sama z chęcią bym przeczytała. Uważam, że codzienne życie obfituje w wystarczająco wiele przykrych i trudnych informacji, by jeszcze je sobie dobrowolnie serwować. Nie lubię książek trudnych, smutnych, depresyjnych. Takich emocji dostarczają mi wiadomości telewizyjne. Czytając, chcę oderwać się od codzienności, uśmiechać, fascynować, odlecieć. Mam nadzieję, że moja powieść właśnie tego dostarczy czytelnikom.

A.P.: „Wiosna po wiedeńsku” jest powieścią nietypową, bo ani to romans, ani kryminał, ani komedia, taka powieść obyczajowa z sensacyjnym wątkiem w tle. Przeciera Pani szlaki na polskim rynku wydawniczym i już tworzy nowe. Czego będziemy mogli się spodziewać w przyszłości?
K.T.: Jest tak zapewne dlatego, że ja również jestem nietypowa. Zazwyczaj, nawet niechcący, nawet niezamierzenie, idę pod prąd. Wbrew schematom. Działam niestandardowo. A wszystko co robię jest bardzo osobiste, silnie związane z tym, co czuję, jak myślę. Moje powieści to nie tylko historie, które rodzą się w mojej pisarskiej wyobraźni. Za każdą stoi coś więcej. Pierwsza wywodzi się z mojego wiedeńskiego etapu życia, który był bardzo odmienny od wszystkiego, co znałam wcześniej. I właśnie z tej przyczyny tak inspirujący. Myślę, że moja kolejna powieść także może zaskakiwać. I to z wielu względów. To książka bardzo osobista (bardziej osobistej już raczej nie będzie), mogąca wywoływać skrajne reakcje. Jestem ich niezmiernie ciekawa. Od czasu do czasu lubię nieco prowokować, mącić wodę i patrzeć, co wypłynie.
W tej chwili powstają też dwie następne powieści. Akcja jednej z nich rozgrywa się pod Tatrami, bo nie mogę pominąć tych moich niezwykłych podhalańskich doświadczeń. Planuję też kontynuację „Wiosny…”, powrót do jej bohaterów, których darzę szczególnym sentymentem. Ale może wyruszą gdzieś dalej? Może w Tyrol albo Zillertal? Uwielbiam całą Austrię i chciałabym pokazać czytelnikom więcej tego kraju.

Rozmawiała
Anna Pytel
(anna.pytel@dlalejdis.pl)

Fot. Materiały prasowe




Społeczność
Reklama