W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


Rozmowa z Martą Kisiel

Opublikowano: 2017-11-27
Rozmowa z Martą Kisiel, autorką "Dożywocia".
Marta Kisiel, fantastyczna autorka "Dożywocia", która walczy z prostotą języka, ubarwiając rzeczywistość swoim nieprzeciętnym humorem i specyficznym stylem,...

opowie nam m.in. o meandrach pisania, wyzwaniach, które przed sobą stawia i fascynującym świecie literackiej fantastyki, gdzie stwór smaży faworki.

SKD: Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem w czasopiśmie internetowym „Fahrenheit”? Czemu akurat fantastyka?
MK: Nie wiem, czy którykolwiek autor umie tak do końca odpowiedzieć na to pytanie: dlaczego akurat fantastyka, dlaczego akurat kryminał i tak dalej. Ja nie umiem na pewno. Odnoszę wrażenie, że ta decyzja zapadła już dawno, daleko poza moją świadomością. Regularnie karmię wyobraźnię przeróżnymi gatunkami literackimi, lecz i tak ścieżki, którymi podąża, prędzej czy później zawsze doprowadzają mnie do fantastyki — widać to ona gra mi w duszy najdonośniej.
Zaś co się tyczy mojej przygody z pisaniem, paradoksalnie zaczęło się nie od mojego pisania, lecz cudzego, i nie od samego „Fahrenheita”, a funkcjonującego przy nim forum. Przyciągnął mnie tam wątek poświęcony twórczości wrocławskiego kolegi po piórze, Krzysztofa Piskorskiego, który osobiście się w tym wątku udzielał. Przybyłam, zarejestrowałam się i już tam zostałam. A gdy odkryłam, że na forum działają również prężnie warsztaty literackie z prawdziwego zdarzenia, prowadzone przez zawodowych redaktorów, uznałam, że grzechem by było nie skorzystać z takiej okazji. Wzięłam udział w pierwszej edycji, a po drugiej dostałam tak zwanego kopa na szczęście. Wkrótce potem, trochę siłą rozpędu, powstało opowiadanie „Rozmowa dyskwalifikacyjna”, którym oficjalnie zadebiutowałam właśnie na łamach „Fahrenheita”.

SKD: Czytałam, że przy tak bujnej wyobraźni traktuje Pani pisanie jak „sprzątanie” głowy z nadmiaru kreatywności, czy zatem nauczanie języka ojczystego młodszego pokolenia to kolejne wyzwanie rodem z matrixa, który nas otacza?
MK: Ostatnio kolega z klasy ze szczerym zdumieniem zapytał moją niespełna siedmioletnią córkę, skąd ona zna tyle słów. Odpowiedziała, zgodnie z prawdą, że od rodziców. Bo języka uczymy się przede wszystkim od innych jego użytkowników — czy to w mowie codziennej, czy to za pośrednictwem tekstu pisanego. Lecz kiedy zewsząd otaczają nas ludzie, którym brakuje biegłości w ujmowaniu myśli i uczuć za pomocą słów, to siłą rzeczy nie mamy od kogo się uczyć i wtedy rzeczywiście, staje się to wyzwaniem. Dziecko z ubogim słownictwem idzie do szkoły, gdzie siłą rzeczy styka się z tekstem pisanym, wpierw prostym, stopniowo zaś coraz trudniejszym. Aż w pewnym momencie przestaje go rozumieć, bo brakuje mu narzędzi oraz kogoś, kto by je w te narzędzia wyposażał na bieżąco. Czyli, inaczej mówiąc, nie ma do kogo zwrócić się o wyjaśnienie, bo mama czy tata też nie wiedzą, ani co to znaczy, ani gdzie to można sprawdzić. To rodzi bunt, niechęć, ale też oczekiwanie wobec tej drugiej strony, czyli autora tekstu, żeby ten tekst maksymalnie upraszczał — no bo przecież kto to widział, żeby w książce dla dzieci były takie trudne słowa. A jak nauczyć się nowych słów, nie mając z nimi styczności? A im bardziej upraszczamy język, tym bardziej upraszczamy nasz świat, w którym zaczyna brakować miejsca na empatię, na niuanse, na niezliczone odcienie szarości zamiast czerni i bieli. Bo coś, czego nie umiemy nazwać ani opisać, po prostu przestaje dla nas istnieć. Ja, jako autor i rodzic, staram się z tym zjawiskiem walczyć — pisząc tak, a nie inaczej, ale też wybierając dla moich dzieci książki pisane pięknym, bogatym językiem.

SK: „Dożywocie” było bardzo udanym debiutem, zachwyciła Pani niebagatelnym stylem pisania, ogromnym poczuciem humoru i tworzeniem niebanalnej abstrakcji przekazu. Czy to prawda, że blogosfera, której Pani jest „umiłowaną ałtorką”, pomogła w promocji?
MK: Trochę się śmieję, ale tylko trochę, że co najmniej połowę nakładu pierwszego wydania sprzedała mi blogerka Agnieszka Tatera. Zakochała się w „Dożywociu” niemalże na zabój i zaczęła wychwalać je na lewo i prawo z takim zapałem, że chyba już każdy książkowy bloger w Polsce choć raz zetknął się z moim nazwiskiem, czy tego chciał, czy też nie do końca. Więc tak, jak najbardziej, blogosfera pomogła turlać tę śnieżną kulę i pchnąć ją we właściwym kierunku, za co byłam, jestem i już zawsze będę niewymownie wdzięczna. Staram się spłacić ten dług — nigdy się nie obrażam za słowa krytyki w recenzjach, bo też nie widzę w tym większego sensu, nie odmawiam wywiadów ani współudziału w przeróżnych akcjach, jak ostatnio z Czytaczem ze Strefy Czytacza. Wielu takich rozmiłowanych w moich książkach blogerów poznałam zresztą osobiście i polubiłam już na gruncie prywatnym. Z Agnieszką Taterą współpracujemy teraz w ramach wydawnictwa, Tramwaj nr 4 regularnie gości mnie wraz z rodziną u siebie w Krakowie. Ale najgorzej na tym wyszedł chyba Zacofany w lekturze, bo został moim redaktorem. Cóż, sam się prosił!

SKD: Pani broni się przed kontynuacją „Dożywocia”, a czytelnicy mimo wszystko czekają. Ponadto inny Pani utwór jak „Szaławiła” jest opowiadaniem, które ma miejsce w tym samym świecie co „Dożywocie” oraz „Siła niższa”. Zatem ta obrona przed znanym przypomina trochę krążenie Księżyca wokół Ziemi, niby inne ciało, a ciągle przywiązane do tej Ziemi (Dożywocia). Czy nie łatwiej byłoby stworzyć typową serię i po prostu ją rozbudowywać? Myślę, że czytelnicy by się ucieszyli.
MK: Broniłam się długo i zaciekle, ale rzeczywiście, chyba nieszczególnie mi to wyszło. Przyznam bez bicia, że nie do końca ogarniam, skąd ta masowa miłość do anioła w bamboszach i głowonoga smażącego faworki i jak to w ogóle możliwe, że ludzie wciąż nie mają dość tej ferajny, że wciąż czekają na więcej. „Szaławiła” jest właśnie takim ukłonem w stronę tych najwierniejszych czytelników, wiecznie spragnionych ciągu dalszego, a jednocześnie moją ucieczką w bok. To wciąż to samo uniwersum („Kiślowersum”, jak to zgrabnie ujął jeden z czytelników), ta sama konwencja, za to bohaterowie są już całkiem nowi, pod wieloma względami inni i dojrzalsi. Tym sposobem i wilk-czytelnik syty, i owca-autorka cała. Ku mej radości ten eksperyment spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem, dlatego mogę już chyba ogłosić oficjalnie, że Oda, Bazyl i Roch, czyli bohaterowie „Szaławiły”, powrócą w trzecim, pełnowymiarowym tomie cyklu — i że nie zamierzam na tym poprzestać.

SKD: Czy napisanie drugiej książki jest łatwiejsze, zwłaszcza jak walczy się z presją budowaną przez czytelników, bo za krótko, bo za długo trwa proces pisania oraz przy jednoczesnym pieszczeniu i szlifowaniu fabuły?
MK: Chyba tylko pisanie pierwszej książki było dla mnie jeszcze w miarę łatwe, bo nie miałam wtedy bladego pojęcia, co robię, więc po prostu to robiłam. Przy drugiej książce pojawiła się już ta podskórna presja, żeby przynajmniej dorównać pierwszej, a najlepiej to przebić ją pod każdym względem. Ta presja zresztą rośnie u mnie z powieści na powieść, zwłaszcza gdy piszę bezpośrednią kontynuację. Albo gdy piszę coś zupełnie nowego. Dlatego zasiadając do pracy nad nową powieścią, najpierw muszę się uwolnić od oczekiwań czytelników, w przeciwnym razie ogarnia mnie całkowity paraliż.

SKD: Co stanowi największe wyzwanie podczas pisania?
MK: Obawiam się, że ja sama. Z natury jestem straszliwą marudą i pesymistką. Do każdej kolejnej książki siadam ze szczerym przekonaniem, że to właśnie na niej polegnę, że teraz to już nie ma bata, ludzie muszą się zorientować, że ja naprawdę nie umiem w to całe pisanie. Dużo mnie kosztuje, żeby zagłuszyć ten głos w mojej głowie. Potem jest już z górki.

SKD: Czy czyta Pani opinie na temat swoich książek? Czy ciężko znosi Pani krytykę? A może wręcz przeciwnie – jest ona budująca i pozwala poprawić swój warsztat?
MK: Niestety, przeciętna recenzja, nie tylko krytyczna, rzadko odnosi się konkretnie do warsztatu, raczej skupia na odbiorze emocjonalnym tekstu, czy jest fajny, czy nie i jak szybko się go czyta. Ale to także jest dla mnie ważna informacja — co się podoba, a co nie, co bawi, co wzrusza i tak dalej. Za krytykę nigdy się nie gniewam, nie wdaję się też w polemiki z recenzentami, bo wychodzę z założenia, że obiektem recenzji jest nie autor, lecz książka. I to książka musi się obronić sama. Mam zresztą świadomość, że piszę bardzo specyficzne powieści, na dodatek bardzo specyficznym językiem, więc siłą rzeczy nie trafię w gust każdego czytelnika. Raz zdarzyło mi się przez przypadek natknąć na bardzo zjadliwą recenzję „Dożywocia”, najeżoną docinkami, również personalnymi. I to paradoksalnie pozwoliło mi szybko złapać dystans i wychwycić z tej recenzji jedną kluczową uwagę, którą wciąż biorę sobie do serca. Bo była może nie do końca przyjemna, za to całkowicie słuszna.

SKD: Okładki Pani książek przyciągają uwagę, ale też dużo jest uwag krytycznych, że zniechęcają, przekłamują treść oraz są zbyt przerysowane, gdyż patrząc na nie, ma się wrażenie, że lektura jest bardziej skierowana do młodszych odbiorców, a tematyka bardzo lekka i trochę naiwna, choć dla mnie idealnie odnoszą się do świata czarnej komedii, czyli jednej z rzeczywistości przez Panią tworzonych. Czy miała Pani wpływ na wybór szaty graficznej książek?
MK: Oczywiście, każda z tych okładek musiała zyskać także i moją akceptację. Nikt ich nie przepychał kolanem, ignorując me rozpaczliwe lamenty. Jednych te okładki zniechęcają, innych zachwycają, tak czy owak, mało kogo pozostawiają obojętnym. I bardzo dobrze. Owszem, są przerysowane, ale umówmy się, treść moich książek również trudno nazwać wyważoną, więc pasują doskonale. Kto wie, może kiedyś, jak już dorosnę i zostanę poważnym autorem, mój wydawca pokusi się o wznowienie cyklu w nowej szacie graficznej i może nawet ta szata będzie „doroślejsza” — lecz z pewnością będzie równie oryginalna. Już ja tego dopilnuję.

SKD: Nie będę pytać, czy Pani teraz pracuje nad kolejną powieścią, bo wiem, że nie przepada Pani za tego typu pytaniami, ale zapytam, czy planuje Pani spróbować sił w pisaniu powieści z innych gatunków, mimo, że dusza wierna jest kreacji fantastycznej?
MK: Nie będę się zarzekać, że nigdy, w życiu, bo już wiem, jak to się kończy. Więc bez zarzekania — nie, jeszcze nie obudziła się we mnie taka potrzeba. Jeszcze nie.

SKD: I na sam koniec, mimo niechęci dzielenia się przyszłymi publikacjami, niech Pani zdradzi kilka szczegółów na temat nowej powieści „Toń”, która ukaże się na wiosnę – czy spotkamy tam postacie, za którymi czytelnicy tęsknią z innych utworów? Czy tym utworem może zamierza Pani odciąć pępowinę od „Dożywocia”?
MK: Owszem, na kartach „Toń” powróci pewna postać z mojej wcześniejszej twórczości, chociaż nie wiem, czy poza mną ktokolwiek się za nią stęsknił. Mam nadzieję, że tak, bo tym razem odegra większą rolę niż poprzednio. Tą powieścią nie tyle odcinam się od „Dożywocia”, ile nieco zbaczam z dotychczasowej ścieżki i zapuszczam się w gąszcz, w którym może czyhać wszystko. Jak to ujęła moja beta-czytelniczka i muza w jednym, tym razem jest trochę inaczej — ale wciąż po mojemu.

SKD: Dziękuję bardzo za rozmowę.

Rozmawiała
Sandra Kortas-Dorsz
(sandra.kortas@dlalejdis.pl)

Fot. Jacek Falejczyk




Społeczność
Reklama