„Ruchele wychodzi za mąż” – recenzja

Opublikowano: 2015-01-16
Recenzja spektaklu „Ruchele wychodzi za mąż”.
„Ruchele wychodzi za mąż” porusza i śmieszy, ale też przypomina, jak niełatwe są relacje rodzinne.

Polska prapremiera sztuki w reżyserii Jacka Papisa odbyła się 9 stycznia w Teatrze Żydowskim w Warszawie. W spektaklu na podstawie dramatu izraelskiej pisarki, Savyon Liebrecht, występuje pięcioro bohaterów: tytułowa Ruchele, jej narzeczony Arele, jej młodsza siostra Lea, ojciec Szlojme oraz wujek Staszek. Akcja dzieje się we współczesnym Izraelu.

Choć postaci w sztuce jest niewiele, to wydarzenia z ich życia mają ogromną moc. Szlojme i Staszek to ocaleni z Auschwitz Polacy. Tragiczne przeżycia z obozu, gdzie w pewnym momencie rozmyła się granica między ofiarą a atakującym, w niespodziewany sposób wpływają na teraźniejszość. W momencie kiedy Ruchele przedstawia siostrze i ojcu narzeczonego, Szlojme zaczyna się dziwnie zachowywać, wpada wręcz w panikę i wyprasza zakochaną parę z domu. Arele obudził w nim demony przeszłości. Wraz z rozwojem akcji widownia poznaje nie tylko obozową tajemnicę, ale również inne rodzinne sekrety, które wpłynęły na życie całej piątki.

Warto zwrócić uwagę na mistrzowską grę Stanisława Brudnego w roli ojca Lei i Ruchele. Muszę przyznać, że na początku jego wyraziste, histeryczne zachowanie przeszkadzało mi, a nawet denerwowało. Rozedrgany starzec, który wręcz hołubi swoją zmarłą już jakiś czas temu żonę, ciągle parzy jej herbatę, a także wychwala córkę, która poświęca mu mniej czasu niż druga, nie wbudził mojej sympatii. Sądzę, że o to chodziło – jego zachowanie miało właśnie uwierać widzów. Wraz z dalszymi wydarzeniami Szlojme pokazuje się od całkiem innej strony.

Prawdziwie wyglądała wzajemna relacja sióstr, które mimo nieco naruszonych konfliktem z przeszłości więzów, znajdowały czas na siostrzane przekomarzania, typowe dla bliskich sobie osób. Takie krótkie przerywniki w akcji pozwalały mi na wczucie się w rodzinną atmosferę spektaklu. Poruszająca gra Joanny Rzączyńskiej jako Ruchele, targanej skrywanym przez lata sekretem dotyczącym jej matki i Staszka, i żywa, humorystyczna postać Lei (w tej roli Małgorzata Trybalska) świetnie pokazują jak różnorodne może być rodzeństwo. I że mimo tych odrebności łatwo odnaleźć nić porozumienia.

Prosta, ale w pełni wystarczająca, scenografia – parę mebli jako kilka pomieszczeń czy nawet mieszkań – pomysłu Alicji Kokosińskiej pozwalała skupić moją uwagę na grze aktorów, a im pomagała w kreowaniu nowych przestrzeni i ekspresji emocji bohaterów, których grali. 

Ruchele wychodzi za mąż” choć skupia się na konkretnych wydarzeniach, ma wydźwięk uniwersalny. Pokazuje między innymi, jak ciężko jest wybaczyć, a także jak trudno jest wyznać skrywane przez lata tajemnice. Odkrywa również różne podstawy i reakcje ludzkie na wychodzące na światło dzienne sekrety. To właśnie życiowy wymiar sztuki spowodował, że na długo utkwi ona w mojej pamięci. Z teatru wyszłam z wieloma przemyśleniami. Wzruszona była też Savyon Liebrecht, obecna na prapremierze, która stwierdziła, że język polski jest idealny do przedstawiania losów jej bohaterów.

Katarzyna Kolibabska
(katarzyna.kolibabska@dlalejdis.pl)

"Ruchele wychodzi za mąż", reż. Jacek Papis, Teatr Żydowski, Warszawa




Społeczność
Reklama


 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat
gggasd