W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


Spowiedź męża

Opublikowano: 2013-01-23
Recenzja spektaklu „Facet mojej żony”.
„Facet mojej żony” to monodram. Idąc na tę sztukę, gdzieś w głębi serca zastanawiałam się nad tym, czy nie będzie nudno, skoro będzie tylko jedna osoba na scenie?

Czy to będzie w ogóle ciekawe? Czy nie będę żałowała czasu i wieczoru? Teraz wiem, że absolutnie nie! Nie żałuję ani sekundy.

Sztuka jest opowieścią o mężczyźnie. Prosty, zwyczajny facet, który jak trzeba ugotuje, pozmywa, pójdzie do pracy – nawet jako niania. Zrobi wszystko dla swojej ukochanej kobiety, nawet zgodzi się na drugiego mężczyznę pod jednym dachem…

Facet mojej żony” wystawiany jest na scenie Stołecznego Centrum Edukacji Kulturalnej, gdzie gościnnie gra swoje spektakle Teatr Młyn. Swoista spowiedź bohatera rozegrała się w przytulnym, wręcz intymnym można powiedzieć pomieszczeniu-pokoju, gdzie na widowni zasiadło około 40 osób. A na scenie: zielona, obdrapana ławka i On. Facet trzymający goździka w ręce. Nagle zaczyna opowiadać o tym, że właśnie jego żona urodziła. Jako widzowie czujemy się, jakbyśmy uczestniczyli w jakimś mistycznym dla niego momencie, jakbyśmy byli świadkami najbardziej intymnych wydarzeń w jego życiu i jakby on chciał się nimi z nami, obcymi ludźmi dzielić tym wszystkim, bo tak naprawdę nie ma z kim…

Scenarzystką i reżyserką tego monodramu jest Natalia Fijewska-Zdanowska, natomiast Sławomir Pacek wciela się w naszego bohatera. Bohatera, który nawet nie ma imienia. Zresztą jego żona też nie. Facet jego żony też nie. Nikt. Przed widzami staje mężczyzna w średnim wieku, niewyróżniający się niczym szczególnym. Nie operuje wielkimi słowami, wręcz przeciwnie, używa prostego języka, nieśmiało podpytuje publiczność kończąc praktycznie każde zdanie potwierdzającym: „No, nie?”. Jakby szukał w widzach, wsparcia, że dobrze robi, że jego postępowanie jest przecież słuszne, bo tak trzeba. Z jego ust pada stwierdzenie: „A co będę kontrolować, ja nie z takich…”, opowiadając o swojej żonie kwituje, że: „To jest jej życie i jej wybory, ja jestem bezkonfliktowy. Zresztą facet mojej żony to miły gość…”. Zaczynamy słuchać naszego bohatera w takim skupieniu, że po pewnym czasie czujemy iż już nie możemy wycofać się z tej niewidzialnej relacji, która wytwarza się w metafizycznym procesie komunikacji pomiędzy aktorem, a nami. Czujemy zobowiązanie i w głębi serca też zaczynamy odczuwać potrzebę mówienia mu czy to jak postępuje jest dobre. Ale milczymy, na widowni pojawia się kurtyna milczenia, jakby każdy z nas chciał mu zasygnalizować: „Mów dalej, mów, wiemy, że to trudne dla Ciebie, zatem nie będziemy Ci przerywać”.

Teatr jest w dużej mierze po prostu terapią grupową z udziałem publiczności” takie słowa, wypowiedział Jonathan Carroll, znany amerykański pisarz. Absolutnie się z tym zgadzam. Będąc na tym spektaklu poczułam się tak jakby to była grupowa terapia. Dla naszego bohatera, który opowiada i dla nas – widzów – słuchaczy jego historii.

Ktoś może się z tym nie zgodzić, ale uważam, że jest to swego rodzaju forma terapii, jest w tym wszystkim jakaś wiara i nadzieja, w lecznicy charakter spotkania z naszym bohaterem. Jego gesty w trakcie monodramu sygnalizujące, która jest godzina to swego rodzaju momenty, gdzie sugeruje nam, że czas jest ograniczony, że spotkanie „terapeutyczne” mija i że niebawem dobieganie końca. Niewiadomą jest natomiast to czy owa terapia przyniesie jakikolwiek skutek, zarówno dla niego jak i dla nas.

Sławomir Pacek, kończąc swoją historię, mówi praktycznie szeptem, cichutko, jakby trochę zawstydzony, że zabrał nam tyle czasu: „Dziękuję”. Jakby to było pożegnanie z nami i jednocześnie zachęcenie do kolejnego spotkania.

Bez wątpienia jest to szuka bardzo oszczędna w formie realizacji: cała scenografia to jedna, wspomniana ławka, strój bohatera nie zmienia się, momentami zostaje przygaszone światło, a w tle słyszymy delikatną muzykę. Wydaje nam się, że te momenty są najbardziej intymne, a wagę tych sytuacji mają właśnie podkreślać elementy dźwiękowo-świetlne.

Nie żałuję ani sekundy tego spektaklu, nie mamy tutaj monotonii czy zwyczajnej nudy. Wręcz przeciwnie, cały czas chcemy słuchać opowieści faceta z goździkiem, który przecież jest tak bliski każdemu z nas. Polecam!

Joanna Sieg
(joanna.sieg@dlalejdis.pl)

„Facet mojej żony”, Teatr Młyn Warszawska Niezależna Scena Społeczna, Scenariusz i reżyseria: Natalia Fijewska-Zdanowska, Występuje: Sławomir Pacek




Społeczność
Reklama