„Tyle miłości” – recenzja

Opublikowano: 2018-10-11
Recenzja książki „Tyle miłości”.
Nie oszukujmy się. Thrillery, to gatunek literacki, który charakteryzuje się szczególnymi cechami. Daje on autorowi również mnóstwo swobody i możliwości wykazania się.

Po przeczytaniu powieści „Tyle miłości” wciąż nie mam pewności, że jej autorka wykorzystała swój potencjał.

27-letnia Catherine Reindeer zostaje uprowadzona. To ona jest głównym, ale nie jedynym motorem powieści. Zniknięcie zdolnej studentki odczuwają jej bliscy - mąż i matka kobiety, a także jej przyjaciele i znajomi. Początek powieści wydawał mi się nostalgiczny, jednak łatwo się poddałam i brodziłam dalej. Zastanawiając się nad celem takiego zabiegu użytego przez autorkę, coraz lepiej poznawałam Catherine. Im bardziej ją poznawałam, tym bardziej złożoną postacią mi się wydawała.

Co ciekawe, historia również została przedstawiona ze strony innych osób - również porywacza. Pomiędzy wątkami opowiadana jest sprawa zniknięcia młodego chłopaka, a klamrę zamyka poezja Julianny, młodej poetki przed trzydziestką, która została zamordowana w latach 90 - tych. Jej twórczość staje się dla porwanej i dla jej bliskich sposobem na ukojenie cierpienia i bólu.

Powieść „Tyle miłości” nie jest łatwa w odbiorze, zwłaszcza dla mnie, jako osoby, która uwielbia „krwawą część” literatury i łaknie przeszywających dreszcz opisów zbrodni czy tempa akcji przez który przyspiesza tętno. Autorka, Rebecca Rosenblum, na pewno mnie zaskoczyła, jednak o wiele przyjemniej by mi się czytało, gdybym nastawiała się na całkowicie inny gatunek jej treści.

Aleksandra Łozicka
(aleksandra.lozicka@dlalejdis.pl)

Rebecca Rosenblum, Tyle miłości, wydawnictwo Prószyński i S-ka 2018




Społeczność
Reklama


 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat