„Czarownice z Arnes” - recenzja

Opublikowano: 2014-06-03
Recenzja książki „Czarownice z Arnes”.
Czarownice, nie z Salem, lecz z Arnes. Szanowane przez wielu, lecz są i tacy, którzy potępiają to, co nie jest zgodne z tym, w co sami wierzą. Od tego już krok do tragedii...

Magdalena nie zajmuje się czarami, ona czerpie z wielowiekowej mądrości przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Nie afiszuje się ze swoją wiedzą, ale pomaga potrzebującym bez względu na konsekwencje. Wie doskonale, że jej umiejętności nie są zbyt mile widziane. Jej epoka nie sprzyja temu, czego religia lub raczej duchowni nie rozumieją i uznają za herezję. Każde odstępstwo jest tropione, oskarżane i karane z największą surowością. Inkwizycja nie zna litości, winni są wszyscy, na których padnie chociażby cień podejrzenia. Jednak Arnes, ukryte w górach, to miejsce gdzie wiara nie jest postrzegana w kategoriach fanatycznego zacietrzewienia, ale dostrzega się w niej prawdziwą jej istotę. Magdalena może czuć się bezpiecznie w rodzinnym miasteczku, znana i lubiana, skrywa jednak niejeden sekret, wyjawienie ich grozi zniszczeniem spokojnego życia. Zagrożenie wciąż jest tuż obok i wystarczy chwila nieuwagi, by ktoś zrobił użytek z tego, co nie było przeznaczone dla jego uszu i oczu. Ziarno grzechy i zemsty tylko czeka, by zapuścić korzenie w ludzkim sercu, raz zasiane nie da się łatwo wyrwać. O tym przekonuje się jej córka i wnuczka - Luna, za nimi kroczy cień, jaki narodził się tej samej nocy, co najmłodsza potomkini rodu. Wielowiekowa tradycja daje siłę, pozwala mieć nadzieję na to, iż prawda i mądrość zatriumfują nad ludzką małostkowością i niesłusznym gniewem. Jednak czy dobro ma szansę na zwycięstwo kiedy staje przeciwko ludziom, którzy nie wierzą w niewinność i wszędzie dopatrują się zła i grzechu? Czy Luna i jej matka będą miały szansę przeciwstawieniu się swoim wrogom? Kiedyś udało się zażegnać niebezpieczeństwo, lecz ono nie odeszło, zostało w ludzkim umyśle i przede wszystkim duszy. Teraz nadszedł moment, gdy znowu uderzyło, spokój odszedł w zapomnienie, a marzenia odebrano...

Czarownice z Arnes” to opowieść o magii, ale nie takiej jak w serii o Harrym Potterze. Książka Davida Marti to historia z realnym tłem historycznym, w jakie wpleciono losy niezwykłych osób - tytułowych czarownic, chociaż to słowo budzi skojarzenia, jakie nie do końca są adekwatne. Bohaterki to nie wróżki czy wiedźmy, lecz kobiety umiejące wykorzystać to, co daje natura oraz wiedza przekazywana z matki na córkę przez kolejne generacje. Oczywiście pierwiastek magiczny jest i stanowi ważny element, jednakże najważniejsza jest opowieść o tradycji, ludzkiej sile przetrwania oraz odkrywaniu prawdy o sobie, bliskich i przede wszystkim własnej drogi.

Czarownice z Arnes” to nie bajka, chociaż są momenty gdy ją przypomina, nie jest to również historyczna książka, ale wątki o tym charakterze jak najbardziej oddają realia czasów inkwizycyjnych. Marti nie unika ukazania realiów epoki, z której pewne postacie są jakby żywcem wyjęte. Stosunkowo niewielka objętościowo powieść zawiera dzieje trzech pokoleń nieprzeciętnych kobiet, których prawdziwe oblicze nie dane jest poznać każdemu, taką szansę otrzymują czytelnicy. Pozostaje jeszcze zakończenie, mogące wydawać się zbyt optymistyczne, szczególnie po wcześniejszych doświadczeniach postaci, lecz może to właśnie jest najlepszy sposób, by zamknąć historię w jakiej występuje magiczny motyw?

Katarzyna Pessel
(katarzyna.pessel@dlalejdis.pl)

David Marti, „Czarownice z Arnes”, Warszawa, Wydawnictwo Bellona, 2014




Społeczność
Reklama


 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat