„Mroczne jezioro” – recenzja

Opublikowano: 2020-02-14
Recenzja książki „Mroczne jezioro”.
„Tak bardzo bym chciała, żeby nastąpił jakiś przełom, żeby coś się wydarzyło. To śledztwo stoi w miejscu i drwi sobie ze mnie”.

Słowa te padają pod koniec książki, jednak idealnie oddają moje odczucia względem poprzednich 400 stron. Chciałoby się powiedzieć: „A miało być tak pięknie”.

Klimatyczna okładka „Mrocznego jeziora” dumnie zapewniała, że będziemy mieć do czynienia z mrocznym thrillerem psychologicznym. Wszystkie elementy układanki były na miejscu. Atrakcyjna i lubiana ofiara, zagadkowe zabójstwo, małe miasteczko z wielkimi sekretami i funkcjonariuszka, która stawia sobie za cel jak najszybsze schwytanie sprawcy ze względu na tajemnicę z przeszłości. Można by powiedzieć, że to wszystko już było, a jednak pisarzom wciąż udaje się przekuć zużyte schematy na wartką fabułę wciągającą czytelnika bez reszty. Niestety, nie tym razem.

Moment znalezienia Rosalind Ryan pływającej w jeziorze w otoczeniu czerwonych róż mógł nam sugerować seryjnego mordercę z zacięciem poetyckim lub porzuconego kochanka, który najpierw zabija swą ukochaną w afekcie, a potem próbuje nadać jej śmierci romantyczny wydźwięk. Prawda okazała się znacznie nudniejsza i wbrew pozorom banalnie prosta do odkrycia, jeśli tylko zdołamy wyłowić z życiorysu detektyw sierżant Gemmy Woodstock kluczowe momenty ginące w oceanie przegadanych wspominek, niepokojów i erotycznych dywagacji.

Być może jest to wina tego, że „Mroczne jezioro” od początku było pomyślane jako wstęp do większej całości, a nie zamknięta historia. Pewnie to zabrzmi absurdalnie, ale czułam, że za dużo w tym wszystkim było głównej bohaterki, a im więcej się o niej dowiadywałam, tym bardziej miałam jej dosyć. Ta postać po prostu zawodzi na każdym możliwym froncie. Policjantka, którą, mimo początkowego zapału, bardziej interesują łóżkowe igraszki z kochankiem (i nie tylko, fantazja Gemmy miejscami przekracza granice smaku). Matka, która woli spędzać czas na schadzkach niż z rzekomo uwielbianym dzieckiem. Zdradzająca partnerka czepiająca się mężczyzny, którego główną wadą jest to, że chce być dobry i odpowiedzialny. Córka degradująca ojca do roli darmowej niańki. Wyzwolona przedstawicielka płci żeńskiej przynajmniej trzykrotnie przejawiająca chęć wyładowania agresji na rozmówczyniach. Osoba jednocześnie czująca się gorsza od innych, ale czepiająca się najmniejszych wad.

Oczywiście, jest sporo aspołecznych, po ludzku zwyczajnie okropnych detektywów, ale oni są przynajmniej dobrzy w swoim fachu i to właśnie dla napięcia związanego ze śledztwem jesteśmy w stanie przymknąć oko na ich przywary. Tymczasem ukryty geniusz pani Woodstock sugerowany jest nam przez zdania typu „Kiedy głośno krzyknęła, położył jej dłoń na ustach – szybko sobie uświadomiłam, że zrobił to po to, żeby nikt jej nie usłyszał”.

Poświęcenie przytłaczającej liczby stron na zarysowanie odpychającego charakteru Gemmy Woodstock uczyniło z „Mrocznego jeziora” książkę – paradoks: thriller z niedoborem akcji , czy, jak kto woli, kryminał ze śledztwem na trzecim planie. Być może kolejne części cyklu będą bardziej wyważone, jednak moja czytelnicza cierpliwość została na dobre wyczerpana i nie mam zamiaru po nie sięgać.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Sarah Bailey, „Mroczne jezioro”, Gliwice, Wydawnictwo Editio Black, 2020 r.




Społeczność
Reklama


 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat