Miroslav Žamboch to pisarz nietuzinkowy, bo który z nich może pochwalić się ukończeniem fizyki na wydziale inżynierii jądrowej? Który z pisarzy nałogowo uprawia sporty ekstremalne, judo i boks? Chyba żaden. Po zapoznaniu się z jego krótką biografią miałam wrażenie, że odkryłam, dlaczego jego książki są tak… dziwne? Inne?
Przygodę z jego lekturami zaczęłam dzięki mojemu narzeczonemu, który jest wielkim miłośnikiem fantasy i science fiction. Pamiętam jak kilka lat temu wywęszyłam w jego pokoju jedną z jego książek i zaczęłam ją czytać. Jedyne co mnie uderzyło po przewertowaniu kilku stron to magowie, krew, trupy, trupy i jeszcze raz trupy. Wzdrygnęłam się odłożyłam lekturę na bok. Nie wiem, czy moje skojarzenie związane z jego książkami było prawdziwe, „Sierżant” je bez wątpienia potwierdza.
Akcja powieści rozgrywa się właściwie w jednym miejscu, w miasteczku Joudzou i jego okolicach, gdzie niepodzielnie i twardą ręką rządzi Królowa. Może i obszar Królestwa nie jest zbyt wielki, ale za to ze wszystkich stron otoczony niebezpiecznymi terenami, które zamieszkują tajemnicze stwory o nieznanym pochodzeniu. Technika w Joudzou jest wysoko rozwinięta. Są tam pistolety, karabiny, czołgi, ciężarówki, a każdy z żołnierzy posiada magiczną ochronę dzięki wielkim magom i uzdrowicielom. Jednym z nich jest – Lancelot. Przypadek? Nie sądzę. Może i bohater Žambocha ma coś wspólnego z legendarnym bohaterem legend arturiańskich, ale na pewno nie jest to grzeszna miłość...
Lancelot kilkanaście lat temu stracił w niewyjaśnionych okolicznościach swojego ojca. Teraz, tytułowy sierżant wraz z oddziałem, zostaje wysłany gdzieś daleko, na ziemie niczyje, gdzie splot niezwykłych wydarzeń sprawia, że zagadki z przeszłości znów dają o sobie znak…
Szczerze? Nie lubię powieści typu fiction, a jeszcze bardziej nie trawię militarnych odmian tego gatunku. Mimo swojej wrodzonej niechęci do tego typu literatury, przełamałam się, przeczytałam ją i… pożałowałam. Powieść jest po prostu zła. Na bazie przygód Lancelota można byłoby z powodzeniem nakręcić program „1000 sposobów na przeżycie”. Bohater zawsze cudem unikał śmierci, zawsze kula trafiała milimetr od niego, zawsze znalazł się jakiś czarodziej, który mu pomógł. Kilkakrotny zgon i cudowne powstanie bohatera męczyły mnie jak imprezy kilka razy w tygodniu. Na początku był entuzjazm i wielkie WOW, ale za kolejnym razem pojawiła się furia i niezły kac. Miejscami miałam wrażenie, że powieść jest zlepkiem kolejno następujących po sobie walk przeplatanych szybkim seksem i rozmówkami o czarach połączonych za pomocą prostej jak cep fabuły.
Książka nie zrobiła na mnie wrażenia. Jedyne, co mi się w niej podobało to kreacja samego Lancelota. To naprawdę prawdziwy facet z krwi i kości, który potrafi strzelać i porządnie walczyć, a nie jakaś „zmierzchowa” ciota w rurkach.
Anna Kantorczyk
(anna.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Miroslav Žamboch, „Sierżant”, wyd. Fabryka Słów, Lublin, 2016 r.
Komentarze