W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


"Tulipanowy wirus" - recenzja

Opublikowano: 2015-06-22
Recenzja książki "Tulipanowy wirus".
Tulipan to nie tylko jeden z najpiękniejszych kwiatów na świecie, ale również najważniejszy symbol Holandii.

Co zabawne, roślina ta pierwotnie rosła i była hodowana w Chinach, gdzie wierzono, że przynosi szczęście. Sprowadzony na ziemie niderlandzkie stał się oznaką dobrobytu, luksusu, pozycji społecznej. W XVII wieku arystokracja doceniła ich magiczny urok, przyczyniła się do rozwoju rynku tulipanowego, a także zaczęła konkurować między sobą doprowadzając do szaleństwa, które odbiło się niepojętą korupcją, gwałtem, zbrodnią, śmiercią.

"Tulipanowy wirus" przenosi nas w czasie do najbardziej gorącego okresu tulipomanii, której echa dotrwały do lat współczesnych niosąc za sobą cień chciwości, pychy i arogancji.

Alek Schoeller zostaje wezwany przez swojego wuja. Gdy chłopak dociera na miejsce okazuje się, że mężczyzna jest ciężko ranny. W ostatnich słowach próbuje przekazać mu rodzinny sekret i stary, wartościowy wolumin o tulipanach. Alek choć nie rozumie znaczenia słów wuja postanawia na własną rękę odnaleźć rozwiązanie i brutalnego mordercę. W śledztwie pomaga mu najlepszy przyjaciel. Nieświadomie ściągają na siebie wielkie niebezpieczeństwo.

Na okładce wydawca porównuje debiut literacki Daniëlle Hermans do bestsellerów Dana Browna, autora najbardziej obrazoburczej książki ostatnich lat "Kod Leonarda da Vinci". Po części zgadzam się z tym twierdzeniem. Debiutantka zaadaptowała podobną konstrukcję powieści. Zaczęła bezsensowną, z pozoru, brutalnością, przekazaniem niezrozumiałych wskazówek, kult nauki, próba zdetronizowania religii i prywatne śledztwo dwójki młodych ludzi, z których jedno jest bliską osobą zmarłego, a drugie wykształconym znawcą tematu, którego dotyczy tajemnica. I na tym podobieństwa kończą się. Daniëlle Hermans zdradza zbyt wiele, by z niecierpliwością i nerwowym obgryzaniem paznokci śledzić akcję oraz losy bohaterów. To co dotyka ich po drodze śledztwa jest dość przewidywalne, a momentami rozdmuchane do granic możliwości choć jego sedno to drobiazg, który na to nie zasługuje. Mało wiemy także o bohaterach, a główne postaci są przyjemne choć dość schematyczne.

Pomysł opisania XVII wiecznej holenderskiej tulipomanii, gorączki chciwości, arogancji, nienawiści, zazdrości bardzo mi się podobał. Do tej pory nie miałam pojęcia, że tulipany były powodem korupcji, egoizmu, paniki, bankructwa wielu ówczesnych rodzin mieszczańskich i arystokracji. "Niektórzy sprzedawali wszystko, aby kupić upragnioną cebulkę. Zdarzało się, że zamieniano tulipany na nieruchomości, ziemię, bydło. Największą cenę osiągnęła słynna cebulka Semper Augustus- 6000 guldenów (średni roczny dochód w Niderlandach wynosił wtedy ok. 150 guldenów)". Za to wątki naukowo-religijne, mające uchodzić za bluźniercze, dążenie do swobody działania, do wolności słowa zupełnie mnie nie przekonały. Owszem XVII wiek to czasy wzmożonej religijności doprowadzającej często do wzrostu fundamentalizmu, ale autorka dość nieudolnie połączyła oba fakty.

Zdecydowanie największą zaletą powieści "Tulipanowy wirus" jest zmienna narracja prowadzona z kilku perspektyw. Historię poznajemy współcześnie dzięki Alekowi będącego głosem emocji, duetowi policjantów stanowiący głos rozsądku oraz z głosu z przeszłości, który przybliża tulipomanię i zarys konfliktu, który przez pokolenia dotrwał do XXI wieku. Zmiana pomiędzy czasami jest podkreślona innym rodzajem i kolorem czcionki. Ta różnorodność daje złudzenie wartkiej akcji, galopujących wydarzeń i wpływa na szybkość i łatwość przyswajania tekstu i przewracania kartek powieści. Daniëlle Hermans próbuje stylizować historycznie język w części dotyczącej XVII wiecznej Holandii. Zapomniała jednak oddać klimat Amsterdamu tamtych lat. Mało jest ówczesnej architektury, tradycyjnego stroju, rytuałów, relacji społecznych.

Nie mogę jednak powiedzieć, że "Tulipanowy wirus" to męczący gniot. To powieść, która dotyka nieznanego i interesującego tematu tulipomanii. Gdyby podkręcić wspomniane mankamenty mogłaby uchodzić za rewelacyjny i do tego oryginalny thriller mieszczących się w czołówce światowych bestsellerów. Na koniec dodam, że "Tulipanowy wirus" ma zostać wkrótce zekranizowany. Jestem ciekawa co z tego wyjdzie :)

Aleksandra Jesiołowska
(aleksandra.jesiolowska@dlalejdis.pl)

"Tulipanowy wirus" Daniëlle Hermans, tł. Małgorzata Woźniak- Diederen, wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015




Społeczność
Reklama