„Historia pewnej rozwiązłości” – recenzja

Recenzja książki „Historia pewnej rozwiązłości”.
Czwarty tom sagi o rodzinie Orłowskich już krąży po rynku literackim i zbiera nowych fanów. Czy uda mu się przekonać równie wiele osób, co poprzednie części?

Seria powieści z pogranicza literatury kobiecej i erotycznej autorstwa Danki Braun znalazła w moim sercu miejsce tuż po przeczytaniu pierwszego tomu, czyli „Historii pewnego związku”. Polubiłam głównych bohaterów – Renatę i Roberta – choć momentami ich zachowania dziwiły mnie lub irytowały. Na kolejne części musiałam niestety sporo poczekać, bo najpierw dwa lata, a potem... kolejne dwa. Oczywiście plus minus parę miesięcy. Tak oto nastał marzec 2016 roku, oddalony od premiery pierwszej części o ponad cztery lata, a wraz z nim spod skrzydeł Prozami papierowy róg wyściubiła „Historia pewnej rozwiązłości”. Choć zdążyłam już zapomnieć, jak dokładnie wyglądało życie Orłowskich, w głowie krążyły mi luźno powiązane elementy. Lektura nowej powieści trochę tę pamięć odświeżyła, ale wiadomo – zawsze lepiej być na bieżąco. Długie przerwy między częściami nie służą ani czytelnikom, ani popularności sag literackich.

Wraz z „Historią pewnej rozwiązłości” zaopatrzyłam się w „Nie zabijaj mnie, kochanie” i „Zabójczy urok blondynki”, czyli dwie powieści spoza sagi, które Braun wydała w międzyczasie i które tylko w pewnych momentach wspominają o Orłowskich. Jeszcze ich nie czytałam, choć może popełniłam błąd, pragnąc wskoczyć od razu na głęboką wodę „Historii...”. Przygotowałam się na kolejną dawkę lekkiego erotyzmu i życiowych dramatów w dobrym stylu.

Książka została opatrzona piękną okładką – jak zwykle zresztą – za której projekt odpowiada Ilona Gostyńska-Rymkiewicz, i... momentami wydaje mi się, że to by było na tyle z jej dobrych stron. Kiedy rozpoczęłam czytanie i trafiłam na pierwsze błędy, chociażby źle napisane angielskie nazwy, brak przecinków, notoryczne powtórzenia, pomyślałam, że na pewno dalej będzie lepiej. Nie było. Nowe pomyłki znajdowałam co kilka stron, nie mogąc uwierzyć, że książka jest już po oficjalnej korekcie. Na stronie redakcyjnej widnieje jednak imię i nazwisko: Justyna Jakubczyk. Czego autorka nie potrafiła napisać sama – a szkoda – korektorka powinna wychwycić. Niestety, stało się inaczej, a ja miałam przykre wrażenie, że niejeden otrzymany do recenzji egzemplarz próbny, taki „przed ostateczną korektą”, był stylistycznie – i nie tylko – lepszy.

Chciałabym napisać, że pomimo błędów, treść „Historii pewnej rozwiązłości” mnie usatysfakcjonowała, ale i to nie byłoby prawdą. W recenzji trzeciego tomu wspomniałam, że wydarzenia były nieco nazbyt nierealne, a napisałam tak tylko dlatego, że jeszcze nie widziałam części czwartej. Tu bowiem nic nie trzymało się rzeczywistości, a książka równie dobrze mogłaby zmienić tytuł na „Bóg, cud i Orłowscy”. To nie jedyny zarzut. Banalne porównania Braun, które były desperackimi próbami przywołania popularnych zjawisk i osób – Clooney, Wojewódzki... to pierwsze, co mi przychodzi do głowy – sprawiały, że marszczyłam brwi i przymykałam jedno oko, bo było mi wstyd, że to się w ogóle wydarzyło.

W książce nie było ani jednego wątku, który zakończyłby się źle. W porządku, pewien bohater zmarł na raka, ale otoczony kochającymi ludźmi i po przebytym długim, udanym życiu. Poza tym był to bohater dziesiątego planu. Reszta – za sprawą cudu i Boga, Boga i cudu – wychodziła z każdej opresji cało. Wątki erotyczne, ciekawe i mocno zarysowane w poprzednich częściach, ograniczyły się do marnych trzech, na dodatek jednoakapitowych scen. Nawet tytułowa „rozwiązłość” była mniej rozwiązła niż makaron w spaghetti. Z przykrością stwierdziłam, że wraz z „Historią pewnej rozwiązłości” saga stała się nawet mniej niż przeciętną obyczajówką.

Ostatnią rzeczą, którą mam autorce i jej nowej powieści do zarzucenia, jest używanie klisz. Żaden wątek nie był oryginalny, a wszystko było tak przewidywalne, że aż bolało mnie dochodzenie do momentu „wielkiego rozwiązania”. Ponadto Orłowscy zostali nazwani zwykłą rodziną, która żyje jak przeciętni Polacy. Z chęcią przeprowadziłabym badania, jak wielu Polaków może skrócić termin oczekiwania na badanie w nowoczesnej klinice, zarządzić odbicie wnuka za granicą w trzy sekundy, podarować wrogom po kilkadziesiąt tysięcy, żeby pozbyć się ich ze swojego życia, wylatywać na zagraniczne wakacje w dowolnym momencie, a w wolnym czasie od niechcenia wybudować na posesji kilka domów, w tym jeden dla służby.

Mam nadzieję – i całym sercem chcę wierzyć – że „Historia pewnej rozwiązłości” była tylko wypadkiem przy pracy, a poprzedzające je części, te spoza sagi, oraz piąty tom, który dopiero powstaje, będą trzymać poziom „Historii pewnego związku”, w której przecież nie bez powodu się zakochałam.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

Danka Braun, Historia pewnej rozwiązłości, Warszawa, Prozami, 2016



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat