W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


„Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia” – recenzja

Opublikowano: 2017-12-07
Recenzja książki „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”.
Azja Środkowa to wciąż wielka zagadka.

Nieznana, pełna tajemnic, zaskakująca kontrastami, ale z drugiej strony wspaniała, jawiąca się jako miejsce odległych kultur, a jednocześnie budowanych na nowo obyczajów. Elżbieta Sęczykowska opisała swoje  doświadczenia z tamtejszymi kulturami w swojej książce „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”.

Chiny, to podróż z północy na południe, z odległej i dzikiej pustyni Takla Makan, drogami odeszłych w niebyt i zasypanych piaskami traktów jedwabnego szlaku, przez Wielki Mur i Zakazane Miasto aż do krętych wód Lijiang wijących się malowniczo między krasowymi górami prowincji Guangxi. Tam, w bajkowej scenerii, rozgrywają się spektakle połowów z kormoranami i żywioły przyrody splatają się w codzienne swoiste harmonijne współistnienie. Z kolei Tybet, to podróż do świata pełnego tajemnic, medytacji, cudów i duchów, wielkich mistrzów, spotkań z ludźmi głębokiej wiary, nomadami, pątnikami zmierzającymi do świętych miejsc i lamów żyjących w ostatnich ocalałych od zagłady klasztorach. Tam to właśnie dokonują się odwieczne misteria zwycięstwa dobra nad złem i niewyjaśnione do końca znikanie maślanych ołtarzy… Mongolia zaś,  to doświadczenie piękna i bogactwa natury, zachwyt nad spójnością istnienia ludzi i zwierząt, w którym prawa człowieka są równe prawom przyrody. Przenikają się wzajemnie i łączą, by na koniec w szamańskim seansie zjednoczyć się ze światem bogów i demonów. Być może to za sprawą ich mocy sławni przedstawiciele cywilizacji stepu zapanowali w dawnych czasach nad bez mała połową świata.

W każdym kraju Elżbieta Sęczykowska była kilkukrotnie, także nie jest to zapis jej jednej wielkiej azjatyckiej przygody. Dla mnie zdecydowanie najciekawszą częścią książki była ta o Tybecie. O Chinach posiadam nieco wiedzy, bo kiedyś się interesowałam chińską kulturą. Mongolię dopiero poznaję, bo mam w planach (w bliżej nieokreślonej przyszłości) odwiedzić ten kraj. Z kolei o wyjeździe do Tybetu nigdy nie myślałam, historią czy kulturą też się średnio interesowałam, ale teraz wiem, że niesłusznie! Jakże ten uciemiężony kraj ma wiele do zaoferowania! Zarówno pod względem kulturowym, religijnym, obyczajowym oraz przyrodniczym. Opis wszystkich rytuałów, czasami makabrycznych i całkowicie niezrozumiałych w naszym kręgu kulturowym tylko podsycał moją ciekawość. Jednak do końca jej nie zaspokoił i z pewnością sięgnę po więcej książek związanych z Tybetem. I kto wie, może kiedyś zdecyduję się na podróż do tego kraju?

Momentami lektura książki była dla mnie nużąca. Autorka zasypuje czytelnika ogromną ilością informacji na raz, które trudno jest poukładać sobie w głowie. Dobrze, że takie informacje pojawiają się w książce, ale nie przygotowała się zbyt dobrze, nie zrobiła selekcji tych informacji. Czasami miałam wrażenie, że sama nie do końca wiedziała, o czym pisze. Poza tym wyczułam, że autorka nie stara się poznać i zrozumieć tak odległą dla nas kulturę, tylko po prostu ją ocenia – i to negatywnie. Za dużo wszystkiego. Chciała dobrze, ale momentami wyszedł przesyt wszystkiego, a to przekłada się na jakość czytania. Dobrze, że autorka umieściła w środku liczne kolorowe fotografie z podróży. Dzięki temu mogłam mieć wizualizacje opisów wszystkich tych pięknych miejsc, o których pisze Elżbieta Sęczykowska. Zamysł „Tryptyku wschodniego” był jak najbardziej dobry, jednak żeby była to porywająca i ciekawa lektura, trzeba jeszcze nad nią popracować.

Klaudia Kwiatkowska
(klaudia.kwiatkowska@dlalejdis.pl)

Elżbieta Sęczykowska, „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”, Wydawnictwo Edipresse, 2017




Społeczność
Reklama