W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies.
Ukryj komunikat


„Poławiacze papieru” i „Dom Bernardy Alba” – recenzja

Opublikowano: 2014-05-06
Recenzje spektakli „Poławiacze papieru” i „Dom Bernardy Alba”.
We Wrocławskim Teatrze Pantomimy, na deskach Teatru Polskiego, czeka na was niezwykły dyptyk teatralny, traktujący o dwóch sferach ludzkiego życia.

Opisane przeze mnie sztuki Wrocławskiego Teatru Pantomimy pomyślane zostały jako dyptyk. Ja jednak potraktowałam je jako zupełnie osobne dzieła, nie zaś jako dwie części pewnej całości. Choć obie są głęboko osadzone w tematyce życia ludzkiego, nie znalazłam na tyle silnego elementu, by usprawiedliwić połączenie ich w jeden seans. Być może przyjęto taką taktykę z racji krótkiego trwania każdego z nich („Poławiacze papieru” trwają 25 minut, „Dom Bernardy Alba” 45 minut), choć bardziej prawdopodobne wydaje się wcześniejsze zaplanowanie ich jako współtowarzyszy. Jedyna rzecz wspólna dla obu przedstawień, to cudowna, niemalże wprowadzająca w trans muzyka, której opracowaniem zajęli się Jacek Aumüller, Piotr Salaber i Zbigniew Szymczyk. Po ostatnim spektaklu Wrocławskiego Teatru Pantomimy muszę jednak przyznać, że taki dobór utworów wcale mnie nie zdziwił. Znów było mroczno, tajemniczo i emocjonalnie. Jeśli więc chodzi o muzykę, należy się tu wielki szacunek. Co jednak z resztą?

Jako pierwszą pokazano sztukę pt. „Poławiacze papieru”. Tu występowali wyłącznie mężczyźni, a wydźwięk był zdecydowanie dramatyczny, choć jednocześnie absurdalny. Sztuka traktowała bowiem o korporacyjnej maszynie, która wydusza z ludzi wszelkie życiowe soki, porzucając ich w końcu samych sobie, na ich miejsce biorąc zaś nowych pracowników. Chciałoby się rzec, że jest to alegoria czegoś, co ma miejsce we współczesnym świecie. Z przykrością jednak stwierdzam, że nie jest to żadna alegoria, ale czysta prawda. Na wysoką wartość przedstawienia wpływa także fakt, że jest to naprawdę porządnie zrealizowana pantomima – nikt niczego nie mówi, a widz mimo wszystko bez problemu orientuje się w sytuacji. Z tego powodu należy więc przyznać kolejne wyrazy szacunku, tym razem dla aktorów, szczególnie zaś dla Mariusza Sikorskiego – odtwórcy roli głównego bohatera, czyli przemielonego przez maszynę urzędniczą K. Ponadto widza urzeka minimalizm w scenografii, klimat dreszczowca tudzież wrażenie odtworzenia klatki ze „Smooth Criminal” Michaela Jacksona, a także nawiązujące do emocji bohatera światła padające na scenę. I jeśli miałabym wybierać pomiędzy pierwszym, a drugim przedstawieniem, w związku z tymi wszystkimi zaletami i brakiem jakichkolwiek wad, wybrałabym właśnie „Poławiaczy papieru”.

Po piętnastominutowej przerwie na powrót do rzeczywistości, widz zostaje przeniesiony do kolejnej sfery życia ludzkiego, tym razem związanej z emocjami oraz budzącą się kobiecością. Tak jak w „Poławiaczach papieru” występowali sami mężczyźni, tak w  „Domu Bernardy Alba” pojawiają się tylko kobiety – tytułowa Bernarda, czyli matka, jej córki – z których większość grała również w „Historii brzydoty”, a także niezidentyfikowana, a raczej trudna do zidentyfikowania postać starej kobiety, pojawiająca się za każdym razem, gdy dziewczyny odczuwały tęsknotę za wymarzonym mężczyzną. Według opisu postać ta nazywa się Martirio, co oznacza mękę, cierpienie i ból, jej interpretacje należałoby jednak pozostawić widzom. Ja na przykład widziałam w niej alternatywę Bernardy, czyli postać, którą miałaby szansę zostać, gdyby po śmierci męża nie stłumiła swojej kobiecości. Moja teatralna towarzyszka widziała natomiast w Martirio alegorię kobiecości. Myślę więc, że postać została naszkicowana na tyle tajemniczo, by każdy mógł przydzielić jej inną rolę. Wróćmy jednak do realizacji spektaklu. Tu ruchu było podobnie wiele, jak w „Poławiaczach papieru”, ruch ten był jednak bardziej taneczny. Bogatsza była także scenografia, przez co aktorki nie musiały budować swoją grą żadnych nieistniejących przedmiotów, jak np. schody. Niejasna pozostała jednak jedna z końcowych scen, utrudniając mi odbiór całej sztuki. Miałam wrażenie, że aktorka zbiegła ze sceny o kilka sekund za późno, co było wynikiem pomyłki. Bez odpowiedzi zostało bowiem pytanie o zabójstwo. Nie filmowe „kto zabił?”, ale „kto zginął?”. Bo ktoś zginął na pewno. I z racji, iż nie jestem w stanie tego sprawdzić, albo wybiorę się na sztukę ponownie, albo będę skazana na niewiedzę. Z tego też powodu zachęcam was do uważnego obejrzenia „Domu Bernardy Alba” i podzielenia się na forum wnioskami. Nawet, jeżeli nie rozwikłacie zagadki, wzbogacicie swoje doświadczenie kulturalne o dwa wspaniałe przedstawienia. Myślę, że na długo zostaną w waszej pamięci.

Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)

„Poławiacze papieru” i „Dom Bernardy Alba”
Wrocławski Teatr Pantomimy
Scena Kameralna Teatru Polskiego we Wrocławiu
25.04.2014r. 19:00

Fot. Bartek Sowa




Społeczność
Reklama