Teoretycznie od 2004 roku na terenie całej Unii Europejskiej nie wolno testować kosmetyków na zwierzętach. Natomiast od 2013 roku nie wolno też sprzedawać produktów zawierających składniki, które z takich testów pochodzą, jak również wprowadzać do obrotu produktów z takimi składnikami. Zakazem są objęte wyłącznie kosmetyki. Nie dotyczy to m.in.: leków, suplementów diety, biocydów, czy substancji chemicznych. Jednak jest to przez niektóre firmy omijane, dlatego kupowanie w Europie nie gwarantuje, że nabywamy produkt, którego nie testowano na zwierzętach. Również certyfikaty nie są pewną wytyczną. Istnieją marki posiadające te najbardziej uznawane certyfikaty takie jak PETA, czy Leaping bunny, a które nadal testują swoje produkty na zwierzętach.
Jeszcze jakiś czas temu pewnego rodzaju pewność co do testowania mogliśmy mieć w przypadku występowania marki na rynku chińskim. Każda zagraniczna firma kosmetyczna, która chciała wejść na ten rynek musiała przetestować swoje produkty na zwierzętach. Jednak obecnie, od 1 stycznia tego roku Chiny zniosły obowiązek przeprowadzania testów na zwierzętach w przypadku niektórych kosmetyków. Dotyczy to produktów ,,non - special use”, czyli np. kremów, czy szamponów. Nie dotyczy to kosmetyków dla dzieci i niemowląt oraz tych, których składniki nie znajdują się w katalogu NMPA Inventory of Existing Cosmetic Ingredients in China (IECIC).
Podsumowując, na chwilę obecną, nie możemy mieć żadnej pewności co do produktu, nawet jeśli ma odpowiedni certyfikat. Jest to przykre ze względu na marki, które faktycznie wyznają filozofię tworzenia kosmetyków bez okrucieństwa i o takie certyfikaty się starają. Tak samo szkoda konsumenta, który chce wspierać takie firmy i sam już nie wie, komu ufać. Pozostaje mieć nadzieję, że choćby ze względu na oczekiwania klientów, firmy kosmetyczne zrezygnują z takich praktyk.
Warto zaznaczyć, że istnieją marki, które faktycznie nie testują swoich produktów na zwierzętach, ale nie decydują się na takie certyfikaty, ponieważ sam fakt, że produkt pochodzi z kraju będącego członkiem UE powinien świadczyć o tym, że kosmetyk nie jest testowany na zwierzętach. Stąd niektóre firmy uznają za zbędne staranie się o takie certyfikaty. Czasami tłumaczy się to też tym, że skoro firmy nie ma na rynku chińskim, świadczy to o nietestowaniu produktu na zwierzętach. Niestety ani pierwsze, ani drugie nie daje nam takiej pewności, jak zresztą same certyfikaty.
Jako konsumenci jesteśmy trochę w tej kwestii bezradni i nie bardzo możemy mieć pewność czy kupowany produkt był tworzony bez okrucieństwa. Jedyne co nam pozostaje, to starać się dokonywać etycznych wyborów i w miarę możliwości kupować marki mające w polityce firmy miejsce na filozofię ,,not teasted on animals”, licząc na to, że nie jest to tylko zabieg marketingowy. Warto też poczytać trochę o marce, która nas interesuje, zanim zdecydujemy się coś od niej kupić. Czasami sami konsumenci są świetnymi detektywami, potrafiącymi wykryć nieścisłości w tym, co twierdzi, a tym co faktycznie robi dana marka.
Izabela Guszkowska
(izabela.guszkowska@dlalejdis.pl)
Fot. pixabay.com
Komentarze