Potem było różnie, ale najważniejsze, że dziś węgrzyny znów wróciły do łask i kupujemy je coraz częściej i chętniej.
Po latach komunistycznej posuchy i tworzenia niemalże półproduktów Węgrzy znów są w centrum uwagi winiarskiego świata. Radzą sobie coraz lepiej, a inwestycje w winnice w połączeniu z rygorem produkcji dają doskonale rezultaty, doceniane na całym świecie. Każdy sukces musi jednak kosztować, zarówno sprzedającego, jak i kupującego. Pytanie tylko, ile za przyjemność picia dobrych trunków ma zapłacić konsument?
Z każdej strony jesteśmy bombardowani sloganami reklamowymi proszków do prania czy płynów do mycia naczyń, które próbują (niekiedy skutecznie) przekonać nas, że można mieć wysoką jakość za niską cenę. Świat win jest jednak inny niż świat proszków do prania, tutaj nikt nie sprzeda wysokiej jakości za niewiarygodnie niską cenę. Idąc dalej "proszkową" analogią reklamową można powiedzieć, że w przypadku węgierskich win prędzej byłaby to dobra jakość za rozsądną cenę. Oczywiście dla klienta końcowego rozsądna cena to taka, która jest jak najniższa, jednak taki układ zawsze odbije się na jakości. - Długi łańcuch pośredników dystrybuujących wino do ostatecznego klienta, którzy nieproporcjonalnie windują ceny win to zmora dla naszych portfeli - mówi Tomasz Wlazło, bezpośredni importer win, właściciel firmy Visfera. - Jednak niezależnie od tego nie spodziewałbym się ponadprzeciętnych wrażeń za butelkę kosztującą 10 złotych. Jakość musi kosztować trochę więcej.
Cena wina nie odzwierciedla wprost jego jakości. To pochodna kilku czynników, jak zresztą każdego produktu (może poza wyjątkiem azjatyckich cen dumpingowych) - koszty wytworzenia, marża producenta, koszty transportu, marża importera, marża dystrybutora, marża sklepu.
Dodatkowo może się okazać, że renomowany producent będzie zawyżał cenę swojego produktu w stosunku do ceny wina o tej samej jakości i podobnym aromacie. - Takie sytuacje obecnie obserwujemy z winami wywodzącymi się z Regionu Bordeaux, gdzie na przykład węgierskie wina wygrywające złote medale na konkursach w tym regionie kosztują 30 procent ich francuskich odpowiedników, a czasem także niżej ocenianych przez miejscowych francuskich sędziów - tłumaczy Tomasz Wlazło.
Co to oznacza dla konsumenta? Duże pieniądze za dużą markę, jeszcze większe zaś za finansowanie "łańcuszka szczęścia" od winnicy do sklepowej półki.
Dla zdesperowanych pozostaje jedno rozwiązanie. Spakować torbę podróżną, kupić bilet i udać się w wybrany region winiarski, gdzie za rozsądną cenę można napić się wina prosto z beczki?
Komentarze