Ja, Polka, Europejka z niskim budżetem wiem, że można i warto podróżować po swojemu…
W Tel-Awiw Jafa jestem około 15:00. Lotnisko im. Bena Guriona, Polaka i ojca państwa Izrael, jest przyjazne dla obcokrajowców. Piękna fontanna wokół holu głównego i palmy za oknem wprawiają w dobry nastrój. Temperatura jak zwykle nie zawodzi, sięga około 28oC. Od strony Morza Śródziemnego wieje lekki wiatr. Decyduje się na shuttle bus. To jedna z wielu form dotarcia do Jerozolimy. Mały busik z niecierpliwym kierowcą (bardzo słabo mówiącym po angielsku), stoi nieopodal wyjścia z lotniska, czeka aż uzbiera pełny stan i bez ceregieli rusza przed siebie. Każdy pasażer podaje adres, pod jaki chce być odwieziony. Dzięki temu, że zatrzymuję się bardzo blisko Starego Miasta, mam darmową wycieczkę po Jerozolimie. Sam dojazd do miasta zająłby blisko 30 minut, ale rozwiezienie wszystkich pasażerów zabiera około godziny, dlatego do celu dojeżdżam mniej więcej na 17:00.
Zostawiam walizkę, zakładam chustę i ruszam na spacer. Obowiązkowy punkt programu to mrożona kawa z kardamonem. Wyposażona w ten napój i aparat fotograficzny ruszam w kierunku Starego Miasta. Na tabliczce widnieje napis w trzech językach: hebrajskim, arabskim i angielskim. Brama miasta, którą właśnie przekroczyłam nosi nazwę Jafy. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych bram Starego Miasta, która dodatkowo wychodzi na nową część Jerozolimy. Gąszcz identycznych uliczek i kolorowych kramów sprawia, że bardzo łatwo zgubić drogę. Z doświadczenia wiem, że tutaj mapa to za mało, przyda się dobra orientacja w terenie i życzliwość ludzka, za którą nieraz trzeba słono zapłacić. Nie ma sposobu, żeby nie dać się zauroczyć. Bajecznie kolorowe bransolety, pachnące przyprawy i jedwabne chusty, w odcieniach jak z baśni tysiąca i jednej nocy, mamią kobiecą naturę. Oczywiście, skuszona obietnicami kramarza, decyduje się na zakup czterech cieniutkich bransolet wykonanych z masy perłowej. Doskonale wiem, że początkowa cena podlega długiej i zabawnej negocjacji, która jest tutaj standardem i koniecznością, jeżeli nie chcemy zrujnować sobie budżetu. Do moich wyostrzonych zmysłów dociera zapach prawdziwej, wyrabianej ręcznie chałwy. Jej ciągnący i cierpki aromat prowadzi mnie do małego sklepiku, gdzie zaopatruje się w cały jej blok i porcje baklawy.
Kiedy po słodyczach nie ma już śladu, moim oczom ukazuje się widok nocnej Jerozolimy. Miasto nabiera magicznego uroku. Kieruję się ku bramie Jafa. Powoli, spośród gwaru kramarzy i kupujących, dociera do moich uszu melodia dobrze mi znanej piosenki, zdecydowanie nie izraelskiej. Zagadka szybko się rozwiązuje, to jeden z występów zespołów lokalnych. Młode, śliczne Izraelitki grają na żywo muzykę z pierwszych miejsc światowych list przebojów. Tutaj taki miks zmysłów to norma. Piosenki Beyoncé przeplatają się z Avinu Malkeinu i innymi, typowymi dla kultury Izraela utworami. Myślę o powrocie, jednak po namyśle stwierdzam, że właściwie wieczór dopiero się zaczął, a doświadczenie podpowiada, że następnego dnia życie rozpocznie się dopiero w godzinach południowych. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Jerozolima ma w sobie to „coś”.
Iwona Wachel
(iwona.wachel@dlalejdis.pl)
Fot. Iwona Wachel
Komentarze