„Ku odległym brzegom” – recenzja

Recenzja książki „Ku odległym brzegom”.
Powieść, która rozgrzewa serce bardziej niż mięciutki kocyk, imbirowa herbatka i puchaty termoforek razem wzięte.

Z pisarstwem autorki spotkałam się po raz pierwszy rok temu, kiedy w moje recenzenckie ręce wpadła powieść „Tajemnice Bostonu”. Pokochałam ją od pierwszego przejrzenia, dlatego też gdy zauważyłam na księgarnianych półkach kolejną pozycję Elizabeth Camden, wiedziałam, że po prostu muszę ją mieć.

„Ku odległym brzegom” przenosi nas do przedwojennego San Francisco, do bazy wojskowej armii amerykańskiej w Prestidio, gdzie pracuje pielęgniarka Jenny Bennett. Kobieta cieszy się nieposzlakowaną opinią; jest niezwykle oddana temu, co robi, a w dodatku uwielbiana przez żołnierzy przebywających na oddziale. Jej udane życie zawodowe dopełnia życie prywatne, w którym to w sposób absolutny rządzi Ryan Gallagher. Niestety marzenia Jenny oddalają się, kiedy jej ukochany wyjeżdża na front, a pryskają, gdy otrzymuje list kończący ich znajomość. Kobieta niczym zranione zwierzę zamyka się na miłość; staje się nieufna; buduje wokół siebie sieć utkaną ze złych doświadczeń.

Po sześciu latach Ryan wraca do Prestidio wraz ze swoją córką. Mężczyzna wydaje się być nieobecny, enigmatyczny; milczy na temat swojej nieobecności. Jakby tego było mało w miasteczku krążą plotki o jego rzekomej dezercji. Jenny zaś zaczynają miotać sprzeczne uczucia. Z jednej strony pragnie zemsty; chce, by Ryan czuł się źle; z drugiej zaś – ma cichą nadzieję, że wszystko ma jakieś racjonalne wytłumaczenie; że jej wyśniony mężczyzna nadal ją kocha…

Wydawałoby się – banał. On – przystojny wojskowy, ona – śliczna pielęgniareczka w wykrochmalonym  kołnierzyku i taka piękna miłość spisana na straty, która po latach wraca jak bumerang. Aż chce się zaśpiewać za Lady Pank:
„Siostro ma w bieli ratuj, ratuj mnie,
Tracę przytomność, podaj mi swój lek,
Mojej choroby nie zna tutaj nikt.
Podaj no dłonie, nie wyrywaj ich.”

Mogłoby się wydawać, że pomysł na historię Jenny i Ryana jest oklepany i nudny, a jednak autorka udowadnia, że są tematy, o których można pisać w nieskończoność. Fabuła jest prosta (nie prostacka), ale zawiera w sobie mnóstwo zaskakujących zwrotów akcji i tajemnic czekających na swój moment odkrycia.

Powieść „Ku odległym brzegom” czyta się z wypiekami na twarzy. Książka pokazuje nie tylko siłę miłości; ale przede wszystkim siłę przebaczenia i konieczność budowania wciąż i na nowo obrazu swojego „ja” w oczach ukochanej osoby. Elizabeth Camden to prawdziwa czarodziejka rzeczywistości – ja naprawdę przy jej lekturze zapomniałam o tym, że istnieje jakikolwiek inny świat. Może dlatego zapiekanka się spaliła.

Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)

Elizabeth Camden, „Ku odległym brzegom”, Dreams, Rzeszów, 2018 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat