Muzyka, która jest kobietą

Recenzja płyty Sheryl Crow 100 miles from Memphis.
Sheryl Crow zdecydowanie naładowała swoim charakterem, lekką nutą soulu i country kilka znanych już utworów. „Sing your name” czy „Sideways” brzmią na jej nowej płycie jak kompletnie inne kompozycje.

Nie chodzi tu o oryginalną i nowatorską aranżację, ale o to, co w muzyce zawsze robiło na mnie największe wrażenie: podtekst. Każda z piosenek na płycie Crow „100 miles from Memphis” jest podszyta inną historią, którą nie tyle można usłyszeć, co zobaczyć w tle muzyki. Oczyma wyobraźni, ponieważ w tym przypadku dźwięk, oddziałując na wszystkie niemal zmysły (choć technicznie jest to niemożliwe), generuje skojarzenia, wyobraźnia zaczyna galopować a obrazy układają się w różne historie. Niektóre są banalne, jak komedia romantyczna, nasycone prozaicznymi stwierdzeniami o miłości. Niestety, w przypadku takich utworów jak „Summer Day” nie można mówić o dziele wybitnym. Kiedy piosenkarka wyśpiewuje, że „I just wanna be what you want me to” feministyczne pokłady kobiecej wrażliwości chcą po prostu przejść do następnej kompozycji. Dodatkowo, letni klimacik durowych akordów, które co druga nastolatka potrafi płynnie wygrać na akustycznej gitarze – całość sprawia płytkie wrażenie mazurskiego obozu w liceum. Crow stać przecież na coś więcej. To ona zawsze potrafiła nawet największe romantyczne badziewie (patrz: „This kiss” – piosenka do filmu „Practical Magic”) odrzeć z względnie komercyjnej tandety i nadać mu wymiar przyjemnej pioseneczki o tym czy owym. I faktycznie, aż tak płytkie utwory na „100 miles…” nie są. Mają, owszem, gorsze momenty, choć w tym przypadku słowo „gorsze” określa popularny wydźwięk, nie zaś umiejętności piosenkarki tudzież płynność kompozycji.

Można powiedzieć, że utwór „Long Road Home” brzmi w podobnym… kontekście. Łatwo, prosto i przyjemnie. Trzeba tu jednak wprowadzić prostą dystynkcję. „Long Road…” to country. A ono niestety musi brzmieć właśnie tak. I w tym przypadku mamy do czynienia z konwencją, w której Crow porusza się mistrzowsko. Nic zatem dodać, nic ująć. Przykładając tą samą miarkę do takich gwiazd country jak Carrie Underwood czy Dixie Chicks (które swoją drogą wzeszły tak szybko, jak zgasły) łatwo określić, kto stoi na czele, wiedzie prym, zbiera laury, czyli prosto mówiąc: jest dobry, a kto nie. Nie popadając jednak w zbytnią ekscytację nad umiejętnościami Sheryl z gatunku… obsługi gatunku country, chciałabym skupić uwagę potencjalnych słuchaczy na tym, co w „100 miles…” jest najbardziej magnetyczne. Na tak zwanym ‘klimacie’.

Pianino w tle, przewodnia gitara. Nic tu ze sobą nie konkuruje ale płynnie dociera do słuchacza. Nagle Sheryl zaczyna śpiewać. Nieco nostalgicznie. Pozwalając wszystkim trzem ścieżkom spleść się w harmonijny warkocz intro. Delikatnie stuka odbiorcę w ramię, zwracając jego uwagę, kokietuje go głosem zbolałego pisklątka, co u tak dojrzałej piosenkarki brzmi niezmiernie efektownie. Śpiewa przecież o uczuciach. Perkusja nieco smooth jazzowa, delikatne smyczki w tle, elektryczna gitara to tu, to tam. Męski duecik w tle, niczym wspomnienie odległych dni. Bardzo wtórujący, będący niczym echo tych uczuć, które nie chcą przejść bokiem. I choć piosenka jest bardzo spokojna, wiadomo, że traktuje o tym jak tornado spotyka się z wulkanem, wywołując jakąś bliżej nieokreśloną uczuciowo-emocjonalną erupcję, spustoszenie namiętności, czyli coś, co kobiety kochają zawsze i całymi sobą. Bo nawet, jeśli jest smutno i cierpiąco, to wiadomo, że przed lub po była ta miłość, którą czcimy i do której dążymy. W przypadku „Sideways” ta miłość jest w dźwięku. Ciepłym, nieco smutnym, pogodzonym z rzeczywistością i jednocześnie wyśpiewującym niezgodę na jej akceptację. Jest pięknie.

Choćby dla tej jednej kompozycji warto zapoznać się bliżej z nową płytą Sheryl Crow. Citizen Cope zrobił z tego rozdzierające duszę wyznanie skrzywdzonego chłopczyka. Crow przerobiła „Sideways” na opowieść z rewelacyjną narracją, którą za każdym razem odczytujemy inaczej. Która nie narzuca nam określonej interpretacji i pozwala na spontaniczność poznawczą, wywołując po prostu przyjemność. „Sideways” jest rewelacyjne. Cała płyta „100 miles from Memphis” jest świetna. Dojrzała, na temat, klimatyczna. Momentami niepokojąco pociągająca. Chwilami śmiejąca się nam w twarz. Jest kobietą.

Olga Filipowska
(olga.filipowska@dlalejdis.pl)


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat