Od debiutanckiego utworu „Next to you” płynnie przechodzi do flagowego „Englishman In New York” na tym albumie brzmiącym mniej smoothjazzowo, niż zazwyczaj. „Englishman…” nabrał w tym przypadku nieco więcej werwy i wydaje się być echem odległej młodości, nie zaś kolejnym pomysłem na odgrzewanie starych dźwięków. Dalej jest coraz bardziej symfonicznie. Orkiestra, która wcześniej była jedynie miłym i ciekawym tłem, teraz gra przysłowiowe pierwsze skrzypce. Uzyskujemy przez to efekt jeszcze większego patetyzmu. Utwory nabierają większej wzniosłości i niemal ulatują w filmowym stylu na pobliskie wzgórza Hollywoodu. Gdyby „Symphonicities” było debiutanckim albumem początkującego muzyka, powiedziałabym, że leci się tu w tandetne granie wyświechtanymi motywami. Tymczasem połączenie filmowej, symfonicznej koncepcji ze sprawdzonymi już wielokrotnie utworami i Stingiem dało ciekawe efekty. Na poprzedniej płycie kreatywność muzyka stworzyła niemal alternatywną rzeczywistość, która w większości przypadków pozostawała zrozumiała tylko i wyłącznie dla samego Stinga. Tu, ta sama kreatywność wydaje się być nieco bardziej ujarzmiona. Owszem, ciekawym wydaje się łączenie typowo „police’owskich” brzmień z klasyką filharmonii. Jednak nie ma na tej płycie momentów kontrowersyjnych. Dwa schematy muzyczne zostały okrojone do tego stopnia, by swobodnie mogły się uzupełniać. Tak zatem patos klasyki przeplata się z klasyczną popkulturą.
Ze strony Stinga jest to zagranie niesamowicie marketingowe. Początkowo podchodziłam do tej płyty z dużą dawką sceptycyzmu. Nie dość, że po raz kolejny przyszło mi słuchać tych samych piosenek, to jeszcze w sprzedajnej aranżacji o typowo filmowym brzmieniu. Jednak po dłuższym zastanowieniu, dostrzegłam w tym rys biograficzny – przejście od młodzieńczej werwy do dojrzałości muzycznej. Przegląd od tych najbardziej znanych utworów, typu „Roxanne”, do tych mniej klasycznych, jak choćby „I Hung My Head”. Sting stał się jednocześnie znany i nieznany. Pamiętnikarstwo muzyczne w tym przypadku wydaje się bardziej przemyślaną opowieścią rozważnego artysty. Z dużym, jak widać, potencjałem.
Przy tym wszystkim „Symphonicities” jest płytą interesującą. Nie, jak to zwykle z klasyką tzw. „sprzedajną” bywa – ciepłą i przyjemną. Temperatura, owszem, wzrasta. Dźwięk jak najbardziej otula. Nie ma tu jednak typowo jesiennego grzania się pod kocykiem smooth jazzu. Jest zimny, wrześniowy wiatr, są wspomnienia minionych dni, jest pulsująca w żyłach młodość i namiętność, jest i posmak dobrego, starego wina. Zdecydowanie polecam.
Olga Filipowska
(olga.filipowska@dlalejdis.pl)
Komentarze