Sting symfonicznie

Recenzja płyty Symphonicities Stinga.
Intensywnie. Mocno. Silnie. Smyczkowo. Z lekkim brzmieniem końcówki lat 70-tych w tle. „Next to you” to utwór nagrany jeszcze z The Police, kiedy to zespół debiutował albumem „Outlandos d'Amour”. Od tego czasu wiele się u Stinga zmieniło, m.in. pomysły na aranżację. Tym razem muzyk serwuje nam symfoniczny dźwięk i w jego wszechogarniającym ciepełku prezentuje swoją ulubioną kolekcję muzyczną.



Od debiutanckiego utworu „Next to you” płynnie przechodzi do flagowego „Englishman In New York” na tym albumie brzmiącym mniej smoothjazzowo, niż zazwyczaj. „Englishman…” nabrał w tym przypadku nieco więcej werwy i wydaje się być echem odległej młodości, nie zaś kolejnym pomysłem na odgrzewanie starych dźwięków. Dalej jest coraz bardziej symfonicznie. Orkiestra, która wcześniej była jedynie miłym i ciekawym tłem, teraz gra przysłowiowe pierwsze skrzypce. Uzyskujemy przez to efekt jeszcze większego patetyzmu. Utwory nabierają większej wzniosłości i niemal ulatują w filmowym stylu na pobliskie wzgórza Hollywoodu. Gdyby „Symphonicities” było debiutanckim albumem początkującego muzyka, powiedziałabym, że leci się tu w tandetne granie wyświechtanymi motywami. Tymczasem połączenie filmowej, symfonicznej koncepcji ze sprawdzonymi już wielokrotnie utworami i Stingiem dało ciekawe efekty. Na poprzedniej płycie kreatywność muzyka stworzyła niemal alternatywną rzeczywistość, która w większości przypadków pozostawała zrozumiała tylko i wyłącznie dla samego Stinga. Tu, ta sama kreatywność wydaje się być nieco bardziej ujarzmiona. Owszem, ciekawym wydaje się łączenie typowo „police’owskich” brzmień z klasyką filharmonii. Jednak nie ma na tej płycie momentów kontrowersyjnych. Dwa schematy muzyczne zostały okrojone do tego stopnia, by swobodnie mogły się uzupełniać. Tak zatem patos klasyki przeplata się z klasyczną popkulturą.

Ze strony Stinga jest to zagranie niesamowicie marketingowe. Początkowo podchodziłam do tej płyty z dużą dawką sceptycyzmu. Nie dość, że po raz kolejny przyszło mi słuchać tych samych piosenek, to jeszcze w sprzedajnej aranżacji o typowo filmowym brzmieniu. Jednak po dłuższym zastanowieniu, dostrzegłam w tym rys biograficzny – przejście od młodzieńczej werwy do dojrzałości muzycznej. Przegląd od tych najbardziej znanych utworów, typu „Roxanne”, do tych mniej klasycznych, jak choćby „I Hung My Head”. Sting stał się jednocześnie znany i nieznany. Pamiętnikarstwo muzyczne w tym przypadku wydaje się bardziej przemyślaną opowieścią rozważnego artysty. Z dużym, jak widać, potencjałem.

Przy tym wszystkim „Symphonicities” jest płytą interesującą. Nie, jak to zwykle z klasyką tzw. „sprzedajną” bywa – ciepłą i przyjemną. Temperatura, owszem, wzrasta. Dźwięk jak najbardziej otula. Nie ma tu jednak typowo jesiennego grzania się pod kocykiem smooth jazzu. Jest zimny, wrześniowy wiatr, są wspomnienia minionych dni, jest pulsująca w żyłach młodość i namiętność, jest i posmak dobrego, starego wina. Zdecydowanie polecam.

Olga Filipowska
(olga.filipowska@dlalejdis.pl)


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat