dlalejdis.pl: Miłością do muzyki zaraził Pana ojciec. Namówił Pana, by zapisał się do szkoły muzycznej. Żmudna nauka nut i długie dojazdy do innego miasta zaowocowały umiejętnością gry aż na czterech instrumentach: fortepianie, akordeonie, gitarze i perkusji. Wykorzystał je Pan kiedykolwiek w swojej karierze zawodowej?
Piotr Polk: Ukończyłem szkołę muzyczną, ale to nie oznacza, że potrafię po wirtuozersku grać. Jednak nabyte umiejętności czasem się przydają. Kiedyś wydawało mi się, że w pracy aktorskiej nigdy nie wykorzystam akordeonu. Tymczasem po wielu latach założyłem go i to od razu przed wielką publicznością, bo w Sali Kongresowej [w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie – przyp.]. To była rocznica kabaretu Jana Pietrzaka „Pod Egidą”. Pan Jan zaprosił wszystkich artystów, którzy brali udział w kabarecie, w tym i mnie, bo przez pięć lat z nim współpracowałem. Śpiewaliśmy ze Zbyszkiem Zamachowskim jakąś śmieszną kabaretową piosenkę i przygrywałem do niej na akordeonie. Od czasu do czasu koncertowałem na pianinie czy fortepianie, choć zdecydowanie częściej grałem na gitarze. Chyba najmniej wykorzystałem w swoim życiu zawodowym perkusję, no ale gdzie ja miałbym na niej ćwiczyć (śmiech)?
dlalejdis.pl: Początki Pana kariery muzycznej to rockowy zespół „Boss”, który założył Pan wraz z kolegami z technikum elektrotechnicznego. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie takiego eleganckiego mężczyznę jako typowego rockowca, dla którego sex, drugs and rock&roll to życiowe motto.
P.P.: Z motta rockmenów „Sex, drugs and rock&roll” mieliśmy tylko rock&roll. Trudno sobie mnie wyobrazić? No cóż, minęło przeszło 30 lat, wyglądałem inaczej. Znajdowałem się wówczas w naturalnym dla młodego człowieka okresie buntu. Wyrażałem go poprzez muzykę, chyba dlatego, że była w naszym domu odkąd sięgam pamięcią. Oczywiście nie rockowa, bo proszę nie myśleć, że mój ojciec czy tym bardziej dziadek, który urodził się w 1898 r. byli rockmenami (śmiech). Mówię o takiej wrażliwości i sile muzyki, która pozwala opowiedzieć albo wykrzyczeć coś więcej o sobie, niż na to pozwalają warunki, w jakich się żyje, środowisko, tradycja. Zespół, który założyłem z chłopakami z technikum pozwalał nam wyrwać się z polskiej, szarej, ponurej rzeczywistości lat 70. Założenie „wiosła” i szarpanie strun dawało nam taką moc, jak wzmacniacze (śmiech). Sam pisałem wtedy piosenki. Wołały o pomstę do nieba i to nie dlatego, że miały coś wspólnego z niebem, tylko były tak fatalnie napisane (śmiech). Niedawno znalazłem pożółkłą kartkę z tymi tekstami, to dla mnie ogromna pamiątka. Schowałem ją głęboko pod poduszkę, nie pokażę nikomu. Bo są śmieszne, zabawne, ale dla mnie mają wartość powiedziałbym Mona Lisy, stanowiąc niebagatelne wspomnienie o tym młodym chłopaku. A ten okres uważam za bardzo kolorowy i ciekawy.
dlalejdis.pl: Zagraliście jednak tylko dwa koncerty.
P.P.: Właściwie to półtora koncertu. Pierwszy, premierowy okazał się bardzo udany. Potem pojechaliśmy „w trasę”, na tournée 20 kilometrów dalej (śmiech). Zaczęliśmy grać, ale w połowie koncertu zapaliło się światło i wpadła milicja. Jednej z bawiących się dziewczyn skradziono torebkę w czasie naszego koncertu, a na domiar złego okazało się, że to córka jakiegoś komendanta powiatowego milicji. Podziękowali nam, rozłączyli sprzęt i kazali wracać do domu. No i tak się skończyła moja kariera rockowa.
dlalejdis.pl: Incydent z milicją Was zniechęcił?
P.P.: To nie miało wpływu. Gdyby nasze rockowe „powołanie” okazało się rzeczywiście silne, gralibyśmy dalej. Tymczasem póki chodziliśmy razem do szkoły, nasza współpraca jakoś się układała. Potem moje myśli coraz bardziej odbiegały w stronę teatru, filmu i muzyka przestawała mieć dla mnie takie znaczenie. Rockowe granie zaczynało tracić we mnie swoją barwę.
dlalejdis.pl: Jakiej słuchał Pan wtedy muzyki?
P.P.: Słuchałem mocnego rocka: Slade, Kiss, Gary’ego Moore’a, Van Halen. Dzisiaj to dinozaury rocka, panowie z siwiejącymi, długimi włosami, ja mam krótkie (śmiech). Ale wtedy stanowili dla mnie wzory do naśladowania, powiedziałbym nawet - do plagiatowania, no bo skądś musiałem czerpać inspirację.
dlalejdis.pl: Obecnie w Pana płytotece można znaleźć...
P.P.: Dziś chyba każdy rodzaj muzyki, bo absolutnie na nic nie jestem zamknięty! Mogę w muzyce czegoś nie zrozumieć albo coś może mi się nie spodobać, ale muszę to najpierw poznać, by wyrobić sobie zdanie. To jest tak, jakby ktoś powiedział – nie smakują mi oliwki, ale ich nigdy nie jadł. Jeżeli nie jadłeś, to nie mów, że ci nie smakują. Nie wzoruj się na tym, co ktoś powiedział, bo twoje kubki smakowe są zupełnie inne niż pozostałych osób. Podobnie rzecz się ma z muzyką. Najwięcej mam płyt z muzyką jazzową, swingową, klasyczną, ale także dużo takich hitów, szlagierów lat 80., do słuchania, do zabawy. Bo lubię czasem posłuchać Abby, choć przed chwilą był Brahms czy Penderecki
dlalejdis.pl: „To mój film, ze mną w głównej roli, nie pytaj czy to boli” wyznaje Pan w piosence „Mój film”. Tak samo nazwał Pan cały album. Chciał Pan w ten sposób podkreślić, że film to pierwsza i najważniejsza miłość, mimo że czasem „boli” podobnie jak życie? A może muzyka zdobyła palmę pierwszeństwa w hierarchii Pana wartości?
P.P.: Tytuł „Mój film” ma znaczenie dosłowne, a jednocześnie metaforycznie przewrotne. Mój film to moje życie, a tym samym i zawód. Śpiewanie to pasja, która może wytyczać kolejne 20 lat mojej pracy zawodowej, ale nie miłość. W piosence „Mój film” opowiadam o swoim życiu, ale nie tylko. Proszę zwrócić uwagę, że człowiek rodzi się i bez zdjęć próbnych, bez castingu, od razu dostaje główną rolę, we własnym „filmie”, sam pisze do niego scenariusz, sam go reżyseruje. Sam tworzy kolejny dzień zdjęciowy i nikt, żaden producent tej głównej roli mu nie odbierze. No oczywiście istnieje jeden „producent”, który mógłby to zrobić – Bóg. Mówię oczywiście metaforycznie. W moim filmie, czyli życiu, zdarza się, że czasem się potknę, nie wyjdzie mi ujęcie czy scena, raz dostanę pięć gwiazdek, innym razem jedną. No cóż, takie właśnie jest życie. Każdego. A że czasem boli, to nie pytaj dlaczego, po prostu nie zawsze wszystko musi się układać tak, jak tego chcemy.
dlalejdis.pl: Wyznał Pan, że płyta „Mój film” utrzymana jest w klimacie filmów lat 60-tych ubiegłego wieku. Inspirację zaczerpnął Pan z muzyki czy fabuły tych filmów?
P.P.: Chciałem, żeby płyta w swoim brzmieniu nawiązywała do pięknych, moim zdaniem, lat 60. Dlatego została skonstruowana graficznie w formie dziesięciu kadrów filmowych. Inspiracji dostarczało mi także światowe kino. Podobnymi kryteriami kierowaliśmy się przy doborze zdjęć do sesji fotograficznej promującej płytę. Szukaliśmy czegoś pomiędzy włoskim filmem a polskim. Trochę zaczerpnęliśmy z filmu francuskiego, angielskiego. Zresztą czerń i biel to dla mnie wyznaczniki pewnej szlachetności, klasy, nadają specyficzny klimat, którego nie można uzyskać w technice kolorowej. Jazz i swing idealnie wpasowują się w ten czarno-biały klimat.
dlalejdis.pl: W stylu lat 60. utrzymany został teledysk utworu „Jest świetnie”, promujący płytę.
P.P.: Klip jest czarno-biały, tak, jak zdjęcia i oprawa graficzna płyty. Mnie w nim prawie nie ma. Chodziło mi o pokazanie historii faceta, a nie mojej własnej.
dlalejdis.pl: Piosenka „Jest świetnie” to trochę taki manifest singli płci męskiej, których świat wciąż zachwyca i nie zakłóca marzeń, bo „dobrze jest samotnie, nie martwisz się, czy deskę opuścić czy odwrotnie?”
P.P.: To nie jest reklama życia kawalerskiego. „Jest świetnie” to piosenka bardzo przewrotna. To historia dojrzałego faceta, który czasem ma ochotę zamknąć się w czterech ścianach. Zresztą kobieta też pewnie o tym marzy, bo to zwyczajnie ludzkie. Ale ogólnie jej przewrotny wydźwięk - jest świetnie. Dlatego ta piosenka kończy płytę.
dlalejdis.pl: Piosenka „Kosmiczny piątek” ma szansę podbić polskie serca i to bez względu na płeć. Na myśl, że nadchodzi piątek, kiedy „łatwiej stracić wątek” i „czas mamy do niedzieli” większość z nas ogarnia euforia. Nie myślał Pan, by właśnie tym utworem promować płytę? Tym bardziej, że utrzymany jest w pogodnym nastroju, a wieńczy go znakomity akcent muzyczny wykonany na saksofonie.
P.P.: Ogromnie lubię tę piosenkę. Opowiada o tęsknocie za taką beztroską. Każdy jej pragnie, a ja przecież nie jestem inny. Nie chciałem nią promować płyty, bo „Kosmiczny piątek” jest bardzo długi, ze wspaniałym solowym udziałem Henryka Miśkiewicza na saksofonie. To byłby kawał filmu i zająłby sporo czasu antenowego. Ale to piękny utwór, dlatego tę płytę otwiera.
dlalejdis.pl: W piosence „Walizka” śpiewa Pan: „zanim oczy sklei sen, śmiało wkraczam w wielkie światy piękny, zdrowy i bogaty”. Każdy, kto na Pana spojrzy, stwierdzi, że opisał Pan samego siebie – mężczyznę sukcesu. O czym w takim razie marzy Piotr Polk?
P.P.: Marzenia Piotra Polka są przyziemne – chciałbym być zdrowy i szczęśliwy.
dlalejdis.pl: „Piosenki zostały uszyte na miarę i to w dodatku przez najlepszych krawców. Takich, którzy biorąc ołówek do ręki wiedzą co zapisują” – powiedział Pan o autorach tekstów piosenek na płycie „Mój film”. Nazwiska rzeczywiście imponują: Jan Wołek, Wojciech Kejne, Marek Dutkiewicz. Ale przecież Pan na przełomie lat 80. i 90. współpracował z wybitną „tekściarą” Agnieszką Osiecką, czego efektem był wykonany przez Pana na płycie „Pięć oceanów” utwór „Lwowskie tango”. Wtedy nie myślał Pan o nagraniu płyty?
P.P.: Nigdy nie myślałem o nagrywaniu płyty. Ten pomysł zrodził się dopiero po programie „Jak oni śpiewają”. Rzeczywiście, zaśpiewałem wiele piosenek Agnieszki Osieckiej w programie „Listy śpiewające”, a także na różnych koncertach. Zresztą w ogóle dużo śpiewałem na potrzeby programów, widowisk, teatru, telewizji, na festiwalach wrocławskich. Tyle tylko, że wykonywałem te piosenki na zamówienie, one nie zostały napisane specjalnie dla mnie. Natomiast płyta „Mój film” jest całkowicie moja, ponieważ teksty i muzykę przygotowano właśnie dla mnie. To jest mój „garnitur”, ja sam wybrałem materiał, kolor nitki, nie potrafiłem tylko go uszyć, stąd pojawili się wybitni tekściarze i znakomici kompozytorzy.
dlalejdis.pl: Rozumiem, że sam Pan wybrał kompozytorów.
P.P.: Tak. Oczywiście niektórzy pozostawali w sferze moich marzeń, w pozyskaniu ich talentu pomogła mi moja menedżer i wytwórnia. Niektórych autorów tekstów i kompozytorów, jak: Marek Dutkiewicz, Włodek Korcz czy Krzesimir Dębski, znałem jeszcze z poprzedniej współpracy przy filmie czy teatrze. Z Sewerynem Krajewskim, Romualdem Lipko, Jarosławem Kukulskim nie zetknąłem się wcześniej. Tutaj z pomocą przyszła mi wytwórnia [QL MUSIC Sp. z o.o. w Warszawie – przyp.]. Bardzo cieszę się, że zaufali mi i podarowali kawałek swojego talentu.
dlalejdis.pl: Na płycie „Polk in love” zaśpiewał Pan spopularyzowaną przez Franka Sinatrę piosenkę „All The Way”. Kiedy słucham Pana nowej płyty, nieodmiennie kojarzy mi się Pan z Sinatrą. To zbieg okoliczności czy stanowi on dla Pana pewien wzór jako artysta?
P.P.: Gdyby nie on, nie odkryłbym miłości do swingu. Nazwano mnie kiedyś polskim Frankiem Sinatrą, ale może przez wzgląd na to, że śpiewałem bardzo dużo jego piosenek. Uwielbiam tembr głosu Sinatry, jego interpretacje, nieco nonszalancki sposób śpiewania. Nagrywając płytę „Polk in love”, po raz pierwszy zacząłem się uczyć swingowego śpiewania i okazało się, że jest bardzo trudne. Czasami pewne rzeczy wydają nam się łatwe, kiedy je obserwujemy, na przykład jazda konna czy łyżwiarstwo. I dopiero gdy sami spróbujemy, okazuje się, że to tylko złudzenie. Podobnie jest z muzyką.
dlalejdis.pl: Jakie są Pana inspiracje muzyczne? Artyści, których Pan ceni to...
P.P.: Na pewno Frank Sinatra, Dean Martin.
dlalejdis.pl: Słynna „Paczka Szczurów”?
P.P.: Paczka, ale i cały okres wspaniałych, wielkich big bandów.
dlalejdis.pl: Czyli złoty okres jazzu.
P.P.: Kocham swing. Kocham jazz, o ile nie ma w nim za dużo jazzu, którego nie rozumiem. Mam świadomość wartości takiej muzyki, ale ona do mnie nie przemawia. Uważam, że człowiek odbiera najpierw muzykę, a dopiero potem tekst, ponieważ najbardziej wrażliwe na dźwięki jest serce, a nie umysł. Powiem szczerze, że fantastyczne, wirtuozerskie popisy nie interesują mnie, jeżeli nie są dla mnie czytelne. Nie lubię się męczyć przy muzyce.
dlalejdis.pl: W USA filmy muzyczne biją rekordy popularności. Richard Gere za rolę w „Chicago” otrzymał prestiżową nagrodę Złotego Globa. Nie myślał Pan, żeby pójść jego śladem i połączyć swoje obydwa talenty: aktorski i wokalny?
P.P.: Gdybym dostał propozycję udziału w musicalu, myślę, że bym ją bardzo poważnie rozważył. Może pogodziłbym wtedy te dwie umiejętności – aktorstwo i śpiewanie. Ale takiej oferty nie otrzymałem. Zresztą na polskim rynku filmowym brakuje filmów muzycznych.
dlalejdis.pl: „Wciąż ciekaw jestem, co przyniesie jutro” – śpiewa Pan w utworze „Mój film”. A my jesteśmy ciekawi, jaka będzie następna płyta...
P.P.: Nie myślę o wydaniu kolejnej płyty. Śpiewanie jest dla mnie dodatkiem, to moja pasja. Po wydaniu pierwszej płyty nawet nie myślałem o wydaniu drugiej. Ona gdzieś tam dojrzewała we mnie i dopiero po jakimś czasie poczułem, że może warto o tym opowiedzieć. Bo ja muszę mieć o czym opowiadać. Nie chodzi mi o liczbę sprzedanych płyt, ale o jakość. Jeżeli nie ma się nic do powiedzenia, lepiej zamilknąć.
Rozmawiała
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Komentarze