Opowieść inspirowana historią, która rozpoczęła się na Śląsku w połowie XIX wieku. Pewnego dnia z dalekiego Teksasu do śląskiej wsi Płużnica przychodzi list. To zaproszenie od franciszkanina, ojca Leopolda Moczygemby, skierowane do jego braci z rodzinami. Płużniczanie, którym mimo zniesienia pańszczyzny żyje się coraz trudniej, postanawiają wyruszyć do Ameryki… Bardzo szybko się okazuje, że w tę podróż wybiorą się nie tylko krewni zakonnika… Po ponaddwumiesięcznej podróży kilkuset Ślązaków zakłada istniejącą do dziś osadę Panna Maria. Czy Teksas okaże się dla nich rajem na ziemi?
Tam, gdzie nie pada. Ballada o śląskim Teksasie Michaela Sowy to opowieść inspirowana wydarzeniami sprzed ponad dwustu lat. Pełna subtelnej ironii, epickiego rozmachu oraz historyczno-regionalnego kolorytu uwodzi czytelnika niczym ludowa ballada. Z jednej strony prawdziwa i mocno osadzona w realiach IX-wiecznej Polski i Ameryki, z drugiej – barwna jak fantastyczna chłopska odyseja, w której króluje ślonsko godka. Napisana zadziornie i swojsko, szkicuje pełen emocji, żywy i barwny portret zbiorowości, która postanowiła opuścić zamieszkiwaną od pokoleń ziemię w poszukiwaniu lepszego losu aż za oceanem.
W powieści opartej na kanwie tamtych wydarzeń obok bohaterów fikcyjnych, pojawiają się postaci historyczne. Ojciec Moczygemba istniał naprawdę. Jej bohaterowie porozumiewają się śląską gwarą, która nadaje opowieści lokalny sznyt, a przy bliższym poznaniu okazuje się inspirującym doświadczeniem czytelniczym.
W latach 50. XIX wieku Śląsk wyniszczały pomory, głód i ulewne deszcze…
Deszcz padał prawie nieprzerwanie nad zagrodami Karkoszów i Gawlików, Juretków i Moczygembów, od których jednego z nich, zakonnika, aż hen do Ameryki zaniosło. Ciężka woda zamieniała ich pokryte zasiewem pola w brunatną maź, nie wróżącą nic dobrego na okres żniw. Droga od Strzelec ku Toszkowi zamieniła się w jedną wielką kałużę, gdzie już niejeden z chłopów trzewik swój musiał zostawić, ku uciesze taplających się w brudnych strugach kaczek i gęsi. Jedynie trakt do majątku von Posadowsky’ego-Wehnera jako tako przeciwstawiał się fali potopu; był wszakże wysypany żwirem z centawskiego kamieniołomu, który wchłaniał natychmiastowo każdą pojedynczą kroplę zarówno atmosferycznego opadu, jak i potu ściekającego z czoła pracującego przy nim ludu.
Żwir chrzęścił pod obuwiem Arnolda Szpyry, który akurat kroczył drogą w kierunku wsi. Szpyra, nieżonaty, pracował u von Posadowsky’ego-Wehnera jako człowiek od wszystkiego. Z natury ciekawski, nadawał się szczególnie do badania nastrojów w wiosce oraz sprawdzania, kto ile czego miał, kto ile czego deklarował i kto ile czego był winien…
Arnold Szpyra zdaje sobie sprawę, że młody dziedzic nie interesuje się majątkiem i najchętniej by się go pozbył (chociażby sprzedając go chłopom), postanawia zrobić wszystko, by utrzymać posadę i przywileje. Kieruje się do domu Poradów, którym (zważywszy na ciężkie czasy) wciąż żyje się zadziwiająco dostatnie, z zamiarem zapewnienia sobie darmowej siły roboczą. Chce by Marysia, córka Poradów zajęła się jego domem, jak pańskim. Bowiem filozofia Szpyry była prosta jak kołek: pan siedział na dworze, chłopi we wsi, a on, zaufany hrabiego, wypełniał swą służbę na ziemi, będąc niejako łącznikiem pomiędzy władzą a pospólstwem. Nie jest tam jednak mile widzianym gościem, już dawno stracił zaufanie mieszkańców wsi.
– Grüß Gott, szczęść wam Boże! – zawołał od pogrążonej w półmroku sieni.
W uchylonych drzwiach do izby ukazała się wysoka, szczupła sylwetka głowy rodziny.
– Gość w dom, Bóg w dom, to Szpyra tyż niech wlyzie – powitał, nie całkiem wylewnie, gościa Piotr.
(…)
Przy piecu krzątała się Rozalia, żona starszego od siebie o dwa lata gospodarza, która akurat odwróciła się w stronę gościa. Szpyra zauważył, że mimo czterdziestej wiosny zachowała ona ów swoisty rys urody, tak znamienny dla tutejszych niewiast: nieco głębiej osadzone błękitne oczy, delikatnie kręcone, długie, splecione z tyłu w warkocz blond włosy, i lekko śniadą, zaznaczoną nieustanną pracą w polu cerę.
– Witejcie i siednijcie sie – oznajmiła, wskazując na miejsce przy stole. – Jeszcze my nie pojedli, to ostaniecie na obiod.
Zarządca skinął jeno głową w podziękowaniu i z mozołem wcisnął swe ciało pomiędzy ławę a stół. Sapał przy tym niczym prośna maciora.
Piotr usiadł z boku, a Juliusz naprzeciwko Szpyry. Stary Porada nie spuszczał przy tym z niego wzroku. Szpyra pomyślał, że staremu chyba naprawdę odbiło, co zresztą nie było niczym nienormalnym u pospolitego chłopa. Rozum się z wiekiem zużywa, żeby nie powiedzieć – zanika zupełnie. Westchnął głęboko, poprawiając poły odzienia.
Rozalia podała michę z parującą aromatycznie strawą i kawałami chleba na desce obok.
– Niech nom Bóg to jadło pobłogosławi – rzekła.
– Amen – rozległo się z ust obydwu Poradów.
– A... amen – wyrwało się niemrawym echem z ust zarządcy.
Przez chwilę posilali się w milczeniu. Słychać było tylko skrobanie łyżek po misie i siorbanie Szpyry. Zarządcy spieszno chyba było, bowiem machał swą łychą dwa razy szybciej niż pozostali.
– Dyć to poleku jydzcie, jeszcze się nom tu udowicie i bydzie fatyga – odezwał się Piotr.
Szpyra mlasnął i podniósł swe drobne oczy na gospodarza, zupełnie ignorując spływającą mu po podbródku strużkę polewki.
(…)
Przez chwilę nikt nic nie mówił, domownicy i gość jedli w milczeniu. Żuru ubywało i widać było, że każdy zaprzątnięty jest jakąś myślą.
– Smakowały wom te szpyrki, Szpyra? – przerwał ciszę Piotr, kiedy w misie ukazało się dno.
– Dobrze umiecie warzyć, Poradzino. – Szpyra nie zareagował na przycinki. – I to jak na cztery osoby dosyć tego przyrządziliście. A może miał ktoś być na obiedzie, ale się rozmyślił?
– A może nagotowała więcej, bo wiedziała, że wielce czcigodny bezuch bydzie, kiery zeżre za pięciu? – odezwał się ponownie Piotr.
– Peter, dej spokój! – ofuknęła męża Rozalia. – Gościa w domu szanować trza, bo inaczej to nie po bożymu.
W wyniku intrygi zarządcy syn Poradów, Hanek, musi ukryć się w sąsiedniej wsi, a Marysia oprócz pracy we dworze, przez trzy dni w tygodniu zajmować się będzie domem i sprawami Szpyry. Nie w smak jej to było, bo lubiła swoje zajęcie, zwłaszcza od kiedy w posiadłości pojawił się młody inżynier z Berlina, Robert Kraik...
W tym czasie w dopiero co zakupionym przez Amerykę od Meksyku Teksasie ojciec Leopold Moczygemba stara się o przydział ziemi dla nowych osadników. Myśli, by ściągnąć do siebie braci z rodzinami. W tym celu spotyka się z głównym administratorem rubieży tutejszego hrabstwa, żałując wielce, że tłumacz zaniemógł, bo choć już całkiem dobrze radził sobie w języku angielskim, po hiszpańsku znał jedynie kilka słów.
Moczygemba rozumiał piąte przez dziesiąte. Chodziło o jakieś tereny, o osadników, o zakonników, o Indian i o pogodę. Co chwila padały słowa ziemia, przydział, wspólnota, rodzina. Zakonnik przytakiwał, a kiedy sam nie był pewny znaczenia jakiejś sentencji, stukał palcem w puchar, próbując w ten sposób zwrócić uwagę señora. Na to ten dolewał wina i rozmowa toczyła się dalej. Koniec końców zakonnik wydedukował ze strzępów zrozumianych słów, że Martin chce mu przyznać pokaźne ilości okolicznego gruntu.
Na potwierdzenie tego urzędnik podsunął mu jakiś papier, spisany po hiszpańsku, ma się rozumieć.
– Gracias, niech Bóg będzie z tobą! – podziękował franciszkanin, chowając papier we wcięciu habitu. Coś tam po ichniemu już rozumie, da sobie jakoś radę z tekstem.
Szybko się okazuje, że kwestia zasiedlenia działki jest nieco bardziej skomplikowana… Tymczasem w Płużnicy roznosi się wieść, że Moczygembowie zamierzają skorzystać z zaproszenia brata. Zasiewają tym samym ziarno buntu w pozostałych rodzinach. Nie wiedząc, co tak naprawdę czeka ich w tej Ameryce, cała wieś postanowiła wziąć los we własne ręce i udać się za ocean.
– Może i nie wiadomo, czy tam w tej Ameryce jest lepiej, czy gorzej niż tu – rzekł Piotr, przekraczając próg. – Ale jedno chyba jest pewne.
– Co takiego? – zapytał idący obok Jonasz.
– Że tam tak nie padze.
Tam, gdzie nie pada. Ballada o śląskim Teksasie jest debiutem Michaela Sowy – z wykształcenia doktora fizyki, który na co dzień zajmuje się cząstkami elementarnymi jako pracownik naukowy CERN i politechniki w Akwizgranie oraz słowami jako tłumacz literatury polskiej i niemieckiej. Książkę dedykuje Ślązakom oraz miłośnikom epickich powieści z historią w tle.
Na temat tego eksodusu Ślązaków ze wsi Płużnica powstało wiele publikacji naukowych oraz kilka filmów dokumentalnych – opowiada autor we wstępie do książki. – Połowa XIX wieku był to czas powszechnej emigracji, miliony Europejczyków przeprawiało się z biletem w jedną stronę przez ocean – za chlebem, wolnością i szczęściem. Płużniczanie przybyli do Teksasu w grudniu 1854 roku i w wigilię Bożego Narodzenia założyli tam pierwszą śląską osadę, którą nazwali Panna Maria.
W książce również docierają na swoją ziemię obiecaną i zaczynają wszystko od nowa. Co prawda Bożego Narodzenia nie mogą celebrować jak należy – brakuje im jedzenia i dachu nad głową, a w Teksasie nie ma ani choinek, ani nawet śladu zimy – ale tworzą silną, ścisłą i zdeterminowaną (choć niepozbawianą wewnętrznych konfliktów) społeczność, która przetrwała do dziś.
O autorze
Michael Sowa – Ślązak z Opolszczyzny, od wielu lat mieszkający w Niemczech. Doktor fizyki (cząstki elementarne), pracownik naukowy CERN i politechniki w Akwizgranie, nauczyciel w Berlinie, pisarz, tłumacz literatury niemieckiej i polskiej. Ponadto technik mechanik i ślusarz w jednej osobie. Powieść „Tam, gdzie nie pada” jest jego debiutem literackim.
Wydawnictwo: Lira
ISBN: 978-83-66966-34-5
Oprawa: twarda
Liczba stron: 400
Cena: 44,99 zł
Premiera: 1 września 2021
Komentarze