Piotr Galiński: Jeżeli chodzi o taniec towarzyski to każdy! Badania naukowe dowiodły, że wszyscy posiadamy wewnętrzny rytm w swoich organizmach. Bicie serca to przecież rytm. W życiu wiele rzeczy wykonujemy rytmicznie, nie zdając sobie z tego sprawy. Natomiast poczucie rytmu to zupełnie coś innego, bo wiąże się ze słuchem muzycznym. Nie jest to trudna rzecz, wymaga jednak od nauczyciela tańca specyficznych umiejętności, pozwalających na takie ukierunkowanie człowieka, żeby stał się wrażliwy na rytm.
dlaLejdis.pl: Jak zaczęła się Pana przygoda z tańcem?
PG: Właściwie od imprez rodzinnych. Kiedy byłem małym chłopcem królował twist. Moja mama uwielbiała tańczyć i na początku tańczyliśmy razem. Później występowałem solo na urodzinach u cioci. W momencie, gdy poszedłem na pierwsza zabawę szkolną, w 6-7 klasie podstawówki, i zacząłem tańczyć, to poczułem, że to najprzyjemniejsze uczucie jakiego kiedykolwiek doznałem. Zacząłem szukać miejsca, gdzie mógłbym tańczyć, ale nie znalazłem, bo w Olsztynie istniał jedynie zespól ludowy i ognisko baletowe dla dziewczynek. Dopiero dwa lata później podczas festynu w Olsztynie usłyszałem wspaniałą muzykę i poczułem, że już wiem, co chcę robić w życiu – tańczyć. Klub „Miraż” ogłosił nabór na tancerzy, zgłosiłem się i mimo że przyszło aż 200 osób, to dostały się dwie, w tym ja.
dlaLejdis.pl: Czy istniała jakaś alternatywa dla tańca, jeśli nie taniec to, zająłbym się...
PG: Zanim zająłem się tańcem, brałem udział w młodzieżowych zawodach lekkoatletycznych – skok w dal – i to z dobrym wynikiem. Ja jestem tak zwanym ruchowcem (śmiech), więc chodziło mi nie o wyżycie się w sporcie, tylko o ruch i efekt. Dzięki sportowi zwiększyła się wydolność mojego organizmu, potrafiłem wytrzymać kilkugodzinny, intensywny trening taneczny.
dlaLejdis.pl: Apodyktyczny profesjonalista tak Pana określają często ludzie z branży. Tancerze ponoć się Pana boją. Strach wzbudza respekt, ale i niechęć. Taktyka kijek zamiast marchewki to dobry sposób na sukces?
PG: Na starość coraz mniej (śmiech). Ale rzeczywiście był taki okres. Kiedy sam trenowałem, tak do 31 roku życia, wykonywałem katorżniczą wręcz pracę. Taniec wiąże się często z bólem, płaczesz, ale tańczysz dalej. Wtedy jako tancerz osiągnąłem najwięcej także pod względem fizycznym. To wskazówka dla młodych mężczyzn, że do tego wieku mogą ze swoim ciałem zrobić wszystko i nie mówię tutaj o jakimś sztucznym pompowaniu mięśni przez sterydy, ale o intensywnym treningu. Mój rekord, jeśli chodzi o prowadzenie zajęć to 13 godzin. Fajnie jest błyszczeć na parkiecie, ale trzeba na to ciężko pracować, dlatego byłem taką cholerą.
dlaLejdis.pl: Wydaje mi się, że mianem „sztuka” można określić jedynie taniec opatrzony dobrą choreografią, ale może się mylę...
PG: Tak. Tańczyć towarzysko może każdy, ale nadanie mu cech artystycznych wiąże się z latami ciężkiej pracy. Artyzm tej sztuki zwanej tańcem towarzyskim polega na tym, że każdy ruch musi tu być świadomy, a nie przypadkowy. Ciało należy trenować przy pomocy innych powiązanych dziedzin, takich jak: gimnastyka artystyczna czy balet. Jak glina jest twarda to nic nie zdołasz z nią zrobić, musi być elastyczna, żeby nadać jej odpowiednią formę, podobnie ludzkie ciało. Choreografia to element kształtujący obraz, przy czym zamiast malarskiego pędzla posługujesz się dwoma ciałami. Najwyższe poziomy artyzmu osiągają pary zawodowe, które zdobyły tytuły mistrzowskie albo przynajmniej znalazły się w finałach konkursów w swoich krajach, tańczące po 10-15 lat.
dlaLejdis.pl: W 1985 r. otrzymał Pan tytuł Króla Polskiej Choreografii, a tworzone przez Pana projekty choreograficzne dwukrotnie zdobywały mistrzostwo świata. Które osiągnięcia więcej dla Pana znaczą – zdobyte w tańcu, czy choreografii?
PG: Oczywiście w choreografii. Taniec sprawiał mi ogromną satysfakcję, ale podchodziłem do niego bardziej sportowo. Czułem wewnętrzną radość, że patrzono na mnie z podziwem. Taniec jest bliski ekshibicjonizmowi (śmiech), bo tańcząc nie robisz tego tylko dla siebie, ale i wszystkich ludzi, którzy cię oglądają i biją brawo. To mi imponowało. Na początku kariery trafiłem do słynnego klubu „Miraż” w Olsztynie, który prowadziła Mariola Felska. Ta wspaniała kobieta pozwalała nam dużo improwizować. Pamiętam zwłaszcza układ „gorączka”, na który składały się wymyślane przez nas poszczególne figury. Oprócz swojego układu ułożyłem także dla koleżanki, w sumie 30 różnych figur. Odkryłem wówczas swój kolejny talent. Jako instruktor zacząłem pracować wcześnie, bo już w wieku 19 lat, pozostając jednocześnie tancerzem. Pewien przypadkowo poznany facet zaproponował mi tę pracę, bo uznał że będąc młodym, ambitnym człowiekiem poradzę sobie. I miał rację. Po pół roku miałem już swoją grupę taneczną, przez co zrezygnowałem z tańca na pięć lat. Prowadząc zajęcia oczywiście tańczyłem, ale nie zawodowo. Praca z grupą dawała mi ogromną satysfakcję.
dlaLejdis.pl: W latach 80. stworzył Pan układ choreograficzny, którego tematem był obóz koncentracyjny. Wtedy Pana projekt wzbudził duże kontrowersje, dzisiaj takie odważne projekty już raczej nie szokują. Zdaje się, że do nich przywykliśmy.
PG: Kiedy przygotowywałem ten projekt, to miałem wiele obaw. Moje pokolenie wychowywało się w atmosferze wygranej wojny. Do tego zbliżała się 40 rocznica wyzwolenia kraju, wiec pomyślałem, że połączę wszystkie te elementy i zaskoczę na festiwalu tematyką. W momencie tworzenia projektu ukierunkowało mnie pragnienie by pokazać, że ta ofiara poniesiona przez dzieci w obozie koncentracyjnym nie została złożona na darmo, stąd odniesienia do Matki Boskiej i Jezusa. Nie wiedziałem z jakim odbiorem spotka się układ. Przy całej brutalności tego tematu fachowcy, znani twórcy uznali, że został on ukazany w sposób delikatny, obyło się bez jakiegoś bezczeszczenia świętości. Taniec i ruch ożywiły wspomnienia, które wszyscy mamy, nawet jeśli to wyobrażenie wyniesione z książek. Układ wystawiano w wielu krajach: Finlandii, Niemczech, we Włoszech. Taniec kończy się minutą ciszy w hołdzie ofiarom. Otrzymałem za niego wiele nagród, nawet ogłoszono wówczas: „narodził się młody choreograf z Polski”.
dlaLejdis.pl: Chłopak z Mazur podbił szturmem całą Polskę. Tyle Pan osiągnął jako tancerz i choreograf, ale dopiero praca jurora w „Tańcu z gwiazdami” sprawiła, że stał się Pan szeroko rozpoznawalny publicznie.
PG: Jako tancerz i choreograf w swoim otoczeniu uchodzę za guru od dawna. Kiedyś Iwona Szymańska-Pavlović przedstawiła mnie i to bardzo serio: „proszę państwa to jest nasz polski król”. Może wydawać się to śmieszne, ale mnie jako choreografa wzywano, trochę tak jak lekarza do ciężkich przypadków, żeby ratować parę i pomóc jej się wybić, z uwagi na moją ogromną wiedzę o tańcu i trenowaniu ciała. Jeśli coś naprawdę kochasz, to na ten temat wiesz wszystko. Studenci, którzy piszą prace dyplomowe o tańcu nie czerpią wiedzy z bibliotek, tylko ode mnie, z mojego bogatego doświadczenia i wiedzy. Nie chwaląc się, program „Taniec z Gwiazdami” stanowi jakby ukoronowanie mojej życiowej pracy. A najtrudniej wybić się w tym zawodzie komuś, kto pochodzi z małej miejscowości.
dlaLejdis.pl: W trakcie „Tańca z gwiazdami” zdarza się Panu wypowiadać uszczypliwe uwagi zarówno o uczestnikach, jak i pozostałych jurorach. Wnioskuję, że ma Pan pełną swobodę wypowiedzi, żadnej cenzury twórcy programu nie wprowadzili...
PG: Nie ma żadnej cenzury. My jako jurorzy nie jesteśmy w żaden sposób ustawiani przez nikogo. Uszczypliwy? Ja po prostu nie lubię głaskania za „nic”, jak to niektórzy robią. Każdego potrafię zbesztać, jeśli na to zasłuży. Ja i Iwona Szymańska-Pavlović mamy za zadanie, by sprowadzać na ziemię tych uczestników programu, którzy po miesiącu tańca uważają, że są świetni, a tak naprawdę nie są. Oczywiście na poziomie tego programu zdarzają się wyjątki, takie jak: Kasia Cichopek, Krzysztof Tyniec, Olivier Janiak czy Anna Mucha. Oni mają talent. Nie wspominając o Nataszy Urbańskiej, która jest tancerką, więc dla niej to nie było trudne.
dlaLejdis.pl: Która edycja „Tańca z gwiazdami” zapadła Panu szczególnie w pamięć?
PG: Pierwsza utkwiła mi najmocniej w głowie. Jako sędzia tańca towarzyskiego stawiam krzyżyk albo cyferkę i nie mówię nic. Natomiast program leci na żywo i muszę omawiać taniec ważąc każde słowo. To tak traumatyczne przeżycie, że po pierwszym odcinku nie mogłem spać. Każda edycja jest inna, ma swoje „diamenty”, wpadki, w każdej pojawia się ktoś ciekawy, jak: Kasia Cichopek, która ujęła nas swoją skromnością i naturalnością, no i wspaniale rozciągniętym ciałem, bo trenowała gimnastykę. Odniosła duży sukces nie tylko w tańcu, ale i życiu prywatnym – w programie poznała swojego przyszłego męża. Edycje zamazują się, ale pamiętam te wspaniałe momenty.
dlaLejdis.pl: Gotowanie to Pana druga, obok tańca, pasja. Kiedy odkrył Pan w sobie zdolności kulinarne?
PG: Pasja gotowania wypływa z tego, że gdzieś w środku nadal pozostaję dzieckiem, któremu bardzo wcześnie zmarła mama, rozpadł się dom i nie było przy mnie nikogo, kto by ugotował choćby zupę pomidorową. Kiedy kupiłem własny dom, zacząłem zbierać stare przepisy kulinarne od babć i ciotek z mojej rodziny, by przywrócić smaki, jakie poznałem dzięki mamie i żeby poczuć się jak w domu. Nie zapomnę do końca życia, jak gotowałem przez 6 godzin swój pierwszy rosół, ale szczegóły opisałem w mojej książce „Taniec z garami”.
dlaLejdis.pl: Kolejna książka będzie...
PG: Także kulinarna – „Gotowanie z panem Piotrem” przeznaczona dla dzieci. Będę uczył dzieci gotowania poprzez zabawę, pod czujnym okiem rodziców. Mam mnóstwo innych pomysłów, ale jestem taki zarobiony...
dlaLejdis.pl: Nie na tyle, by odrzucać kolejne propozycje. Piotr Galiński – redaktor? Dziennikarska działka to kolejne wyzwanie, a może jednorazowa przysługa dla kolegi po fachu Maćka Zakliczyńskiego do nowopowstającego pisma „Place For Dance”?
PG: Powstaje świetna gazeta taneczna, której towarzyszę od momentu narodzin. To kolejne wyzwanie. Dostałem propozycję, by napisać coś ciekawego o tańcu, opisać najważniejsze wydarzenia z nim związane w Polsce, to nie będzie taka sucha, merytoryczna ocena, dlatego natychmiast się zgodziłem. Polecam czytelnikom to, co chętnie sam bym zobaczył.
dlalejdis.pl: Wyznał Pan, że boi się samotności, bo człowiek wtedy gaśnie. Jednak większość artystów potrzebuje samotności by tworzyć. Dla tak wszechstronnie uzdolnionej osoby, jak Pan chwile odosobnienia wydają się niezbędne. Ale Pan pewnie zna jakąś inną receptę na odnalezienie weny twórczej...
PG: Z tą moją samotnością wiąże się pewien uraz psychiczny z przeszłości. W momencie, gdy rozpieprza ci się rodzina i zostajesz sam bez kasy, bez niczego… Do 18 roku moje życie stanowiło nieustanną walkę o przetrwanie. Dzięki tańcowi nie skończyłem jako narkoman, taniec mnie uratował. Dlatego nie lubię samotności, boję się, żeby nie wrócił taki traumatyczny okres, który przeszedłem.
dlaLejdis: Gospodarz wiejski to Pana kolejne wcielenie. Posiada Pan konie, kozy, kury, psy, koty, chyba lubi Pan zwierzęta?
PG: To fajne uczucie, kiedy wstaję rano, gdy wszystko budzi się do życia, wychodzę na łąkę i słyszę, jak koń rży radośnie, ciesząc się z mojego przybycia (śmiech). Z satysfakcją wracam do domu na Mazurach, tam odpoczywam. Zwierzęta wzięły się stąd, że nie chciałem domku pod miastem, ja kupiłem prawdziwe gospodarstwo zaniedbane i opuszczone. Teraz ono bardzo dobrze prosperuje. To naturalne, że mam w miejscu, w którym mieszkam na co dzień kury, kozy, psy.
dlaLejdis.pl: Tancerz, choreograf, juror, pisarz. W jakiej jeszcze roli będziemy mogli zobaczyć Piotra Galińskiego?
PG: Nie wiem. W końcu życie jest przypadkiem, przez który między innymi trafiłem do programu „Taniec z gwiazdami”.
Pozdrawiam wszystkie czytelniczki dlaLejdis.pl.
Rozmawiała Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Komentarze