Wywiad z Katarzyną Hordyniec

Mieszka w Irlandii, kocha Warszawę na tyle mocno by o niej pisać – wywiad z Katarzyną Hordyniec.
O miłości z Warszawą w tle, debiutanckiej powieści, a przede wszystkim o sobie, z okazji wydania debiutanckiej powieści...

pt. „Poza czasem szukaj” czytelniczkom dlaLejdis.pl opowiada pisarka Katarzyna Hordyniec.

A.P.: Pani Kasiu jest Pani tłumaczką, felietonistką, blogerką, chyba pisanie zawsze przewijało się gdzieś w Pani życiu?
K.H.: Zaczęło się od felietonów, jeszcze w poprzednim stuleciu, a nawet tysiącleciu… ale to zabrzmiało fajnie, w Tygodniku Siedleckim przed 2000 rokiem jakoś, nie pamiętam, czy to był ’98 czy rok później. Myślę, że jestem urodzoną felietonistką, zanim zaczęłam tam drukować, myślałam o sprawach i zjawiskach, które mnie fascynowały, zawsze w formie felietonu. Kto wie, może dlatego, że jako dziecko, siedząc na grubym dywanie w pokoiku mojej mamy, zaczytywałam się tekstami Passenta i KTT w Polityce? Wtedy to była wielka płachta, kładłam ją na dywanie, potem się na brzuchu i tak od góry do dołu chłonęłam przemyślenia tych panów. Uwielbiałam też Tyma i Pilcha, a od jakiegoś czasu Mellera. To moja ulubiona forma, teraz to widzę. Czasami śmieję się, że moje życie to jeden wielki felieton w odcinkach. Wszystko może być jego tematem, od poważnych jak pobyt w szpitalu, do zabawnych, jak wymiana kranu.

A.P.: A jak jest z czytaniem? Po jaką literaturę sięga Pani najczęściej?
K.H.: Każdą, byle by była dobra. Oczywiście zmienia mi się to z wiekiem, miewam też napady, a to na kryminały, a to na stare powieści skandynawskie, różnie. Podczas pisania mojej powieści, ze zdziwieniem skonstatowałam, że wolę nie czytać powieści napisanych przez innych, bo miałam obawę, że będę małpować czyjś styl. Albo wpadam w rozpacz, że nie umiem tak pisać, jak Jonathan Franzen. Albo chciałabym być Pilchem i też tłukę głową o ścianę, że nim nie jestem. Wtedy zwracam się raczej ku pamiętnikom, biografiom, listom, non fiction. Na starość – nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, oswajam dopiero to słowo – rozmiłowałam się w poezji, wcześniej było z tym marnie. Ale jak już zaczęłam czytać, to działa na mnie jak napalm, kiedy wiersz trafi do serca, czuję się zniszczona totalnie i długo wracam do siebie.

A.P.: Od kilkunastu lat mieszka Pani na północy Irlandii, co spowodowało, że przeniosła się Pani z kraju?
K.H.: Po części sytuacja ekonomiczna, wyjechaliśmy w kryzysie, mąż w 2001 roku, ja podążyłam za nim w 2002. Nie chciałam emigrować, dobrze mi było w kraju, ale nie mogłam konkurować z tym, że w Irlandii było łatwiej o pracę, o godziwe życie. Mąż pojechał pierwszy, uznał, że będzie nam tam lepiej. Żyjemy w Republice Irlandii, chociaż na północy, podkreślam to, bo w Północnej Irlandii były wtedy jeszcze niepokoje, gdyby mąż wylądował tam, pewnie nie ryzykowałby sprowadzani rodziny.
Z drugiej strony mąż jest trochę niespokojnym duchem i chyba mu była na rękę taka przygoda. Mam nadzieję, że on tego nie przeczyta. Lejdis, nie pokazujcie mu tego, bo mnie od łoża odstawi na miesiąc. Odżył, krew zaczęła krążyć szybciej, czuł, że żyje.
Dzieci szybko się zaadoptowały, nie było powodu, żeby naciskać na powrót, z czasem i ja polubiłam to życie. Chociaż bardzo tęsknię.

A.P.: Właśnie w Polsce ukazała się Pani debiutancka powieść pt.” Poza czasem szukaj”. Czy tytuł to jakaś gra słów? Czy w książce znajdziemy jakieś elementy fantasy, czy jest zupełnie realistyczna?
K.H.: To jest strasznie długa i emocjonalna historia, postaram się ją skrócić. Pomysł na powieść przyszedł do mnie podczas słuchania piosenek Doroty Miśkiewicz. Wracałam z Warszawy nasączona jak ciastko ponczowe – rozmowami z kobietami, potem z mężczyznami, obserwacjami, jak się zachowują wobec siebie pary, albo na odwrót – jak obcy sobie ludzie zahaczają się wzrokiem, jak ulica pulsuje w upalne majowe noce i dni. Najpierw przyszli do mnie moi bohaterowie, potem rozwój sytuacji. 
Przez kolejne tygodnie wielokrotnie wracałam do tych piosenek, pierwotnie tytuł był całkiem inny, ale któregoś dnia miałam w uszach słuchawki, a wtedy percepcja jest bardziej ‘czuła’ na słowo i usłyszałam dobitnie, tak bardzo w serce, ostatni wers piosenki, właśnie „poza czasem szukaj”. Od tego momentu otworzyły mi się wrota w głowie, historia zaczęła płynąć, emocje nabrały większego nasilenia i tak aż do końca.
Ten tytuł nigdy nie wydawał mi się w stylu fantasy, dopiero niedawno ktoś mnie o to zapytał i się zdziwiłam, że w ogóle mogło komuś to przyjść do głowy. Faktycznie mogło, ale ta ‘działka’ była tak daleko poza moim pojmowaniem, że w ogóle nie wzięłam tego pod uwagę.
Myślę, że on bardzo obrazuje ducha tej opowieści. Bohaterowie są bardzo współcześni, wręcz wpisani nie tylko w określony rok, ale i dni, które stanowią kolejne rozdziały. A jednocześnie, w tym, co ich spotyka, wychodzą poza czasoprzestrzeń, poza wiek, poza konwenanse, zaczynają nagle, sami są tym zaskoczeni, tworzyć zbiór, który jest tak osobny, że aż ich to w pierwszym momencie przytłacza. I to ‘szukaj’, które jest i obietnicą, i rozkazem, i reprymendą, że nie należy przestawać podążać za swoim pragnieniami, że jeśli czujesz się niespełniona – idź i szukaj. To też daje takie złudzenie zatracenia się w czymś niezwykle interesującym, przejmującym. Pewnie i dla mnie była to jakaś wskazówka od wszechświata, bo pisanie tej powieści to nie tylko była dla mnie radocha, ale i swego rodzaju terapia, walka. Ale to już oddzielna historia.

A.P.: A skąd pomysł na taką powieść? Co zainspirowało Panią do jej napisania?
K.H.: Po części odpowiedziałam wyżej – głównie rozmowy z kobietami, właśnie w wieku Leny, ale i starszymi, które czasem, patrząc w dal, zdradzały mi, że czegoś tam nie zrobiły w przeszłości, a powinny były, zanim się ustatkowały. Najwięcej jednak dały mi do myślenia dziewczyny po trzydziestce, które mają wieloletnich partnerów, nawet w pewnym sensie szczęśliwe, ale jednocześnie sfrustrowane, że te ich związki jakieś takie… no właśnie, jakieś takie. Panowie wciąż na etapie dorastania, chociaż prawie pod czterdziestkę, właściwie jakby miały synów, a nie mają dzieci. No i wieczne dylematy, czy on już się odnalazł, czy jest szczęśliwy, czy wie, czego w życiu chce, a czas leci. Trwają przy nich, bo ich kochają, ale coraz częściej zadają sobie pytanie, co by było gdyby? Jako autorka powieści byłam w tej komfortowej sytuacji, że nie tylko mogłam sobie zadać to samo pytanie wyobrażając sobie podobną sytuację, ale sprawdziłam, co by było gdyby. A właściwie, co mogłoby być jednym z wielu scenariuszy.
Z drugiej strony widziałam wielu mężczyzn pod sześćdziesiątkę, niezwykle zadbanych, wysportowanych, z blaskiem wewnętrznym, pewnych siebie, z młodszą partnerką u boku, ale nie jak kiedyś, ze znamieniem sponsoringu jak szkarłatna litera, ale równych im, samodzielnych, niezależnych. Widać było, że są z nimi, bo chcą, coś widocznie w nich widzą, a nie, bo nie stać na perfumy czy buty.
Zachwyciło mnie to, że tak się przesuwa granica starości, ci mężczyźni naprawdę są tak atrakcyjni, że nawet ja, mężatka z trzydziestoletnim stażem, bez marzeń o przygodzie, potykałam się na chodniku, tak za nimi oczami wodziłam.

A.P.: Wiele pisarek (zresztą pisarzy też) w bohaterach swoich powieści zawiera trochę siebie, czy Lena ma jakieś Pani cechy?
K.H.: Jeśli Lena ma moje cechy, to nieświadomie ją w nie wyposażyłam. Pierwsze czytelniczki zwracają mi na to uwagę, że widzą w niej też mnie. Stało się pewnie tak dlatego, że bardzo chciałam ją lubić, a wiadomo, że gustujemy w ludziach, którzy są nam bliscy z powodu podobieństw. Świadomie dałam jej moje uwielbienie dla Moleskinów i nieumiejętność jedzenia pałeczkami, jak również fascynację makijażem i tym, jak on zmienia kobietę, nie tyle w sensie wyglądu, co samopoczucia, jest dla niej zbroją, która odgradza od ‘szkodliwych czynników zewnętrznych’, dodaje pewności siebie, czasem wręcz robi dzień. No i ma na pewno mój zachwyt dla Warszawy, takie oczy szeroko otwarte na to miasto.

A.P.: Akcja „Poza czasem szukaj” rozgrywa się głównie w Warszawie, skądinąd wiem, że przepada Pani za tym miastem?
K.H.: Mieszkałam w Warszawie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Wcześniej mój ojciec przybył tu po studiach i osiedlił się z pierwszą żoną, z którą miał syna. Rozstali się na zdrowych zasadach, więc kiedy ojciec odwiedzał wraz ze mną swojego syna, a mojego brata, mieszkaliśmy wtedy u niej na Waszyngtona. Mam wspomnienia z dzieciństwa, potem z lat młodzieńczych i pierwszych lat małżeństwa. Nie jestem Warszawianką, ale w jakimś sensie, emocjonalnie  nią się czuję.
Kocham to miasto dziwną miłością, personifikuję, traktuję Warszawę jak siostrę, przyjaciółkę. Mówię do niej, kiedy spaceruję zalanymi słońcem ulicami, jaka jest piękna. Nieustannie zachwycam się tymi samymi fragmentami miasta, atmosferą niektórych ulic, urodą budynków, bardzo emocjonalnie odczuwam też jej rany, czasem nawet jak medium.
A ona odpłaca mi się jak umie najlepiej, przeważnie wita mnie piękną pogodą, tutaj mam wspaniałych przyjaciół, ładuję baterie, dochodzę do siebie po jakichś osobistych traumach, tu przyszła do mnie historia opisana w powieści, w Warszawie najlepiej mi się też pisze. Często żartuję, że miasto mogłoby mi zafundować jakieś stypendium twórcze, siedziałabym sobie tu co kwartał przez tydzień, dwa i pisała.
Zresztą zdarzyło się już tak, że przyjechałam na tydzień tylko po to, by zacząć nową powieść, bo potrzeba mi było pulsu miasta, tej atmosfery.

A.P.: To teraz zadam ciężkie pytanie: Warszawa czy Pani irlandzkie miasteczko?
K.H.: Trudno mi jest jednoznacznie odpowiedzieć, bo gdybym miała możliwość, to tutaj bym się osiedliła. Z drugiej strony kocham też mój dziki Donegal, puste drogi, życzliwych ludzi, spokój, mały domek niedaleko oceanu. Myślę, że najszczęśliwsza byłabym, gdybym miała tyle pieniędzy i możliwości, żeby przebywać tu pięć razy w roku, chociaż przez tydzień. Albo gdybym mogła przylecieć ilekroć dzieje się coś ciekawego i żeby to od razu nie oznaczało wyrzeczeń. W grudniu przyleciałam tak na koncert Anny Marii Jopek z Branfordem Marsalisem, to była największa fanaberia w moim życiu, tak kupić nagle bilet i przylecieć, bo inaczej pękłoby mi chyba serce i mąż nie miał już sumienia z tym dyskutować. Udawaliśmy, że to mój prezent świąteczny. Jeszcze mu bezczelnie powiedziałam, że i tak zaoszczędziliśmy, bo inaczej musiałabym lecieć do Nowego Jorku, żeby zobaczyć Marsalisa, a tu jeszcze z Jopek, to już w ogóle dwa w jednym. Trzeba Wam wiedzieć, że jak już się uprę, to diabła bym przekonała, że piekło to tak naprawdę niebo, tylko na parterze.

A.P.: Czy ma może Pani w planach napisanie kolejnej powieści? Może już się pisze?
K.H.: Już się pisze, to zupełnie inna historia, ale też w Warszawie, też w wyniku wielu rozmów i obserwacji, jak również badań w terenie, to najprzyjemniejsza część pisania - tym razem mało się ze schodów w Vapiano nie zwaliłam, tak oglądałam się za pewnym drwalem.

Rozmawiała,
Anna Pytel
(anna.pytel@dlalejdis.pl)

Fot. Materiały wydawnictwa



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat