Wywiad z Wojtkiem z The Stage

Wywiad z Wojtkiem z The Stage
Niedawno ukazała się ich debiutancka płyta, a już królują na liście przebojów serwisu Interia.pl.

Łączą różne nurty muzyczne, od jazzu i funky po rock, tworząc niezwykła miksturę, która sprawia, że ich wykonania stają się wyjątkową ucztą. Jako muzycy sesyjni, współpracują z czołowymi artystami sceny jazzowej i rozrywkowej. O pojmowaniu dźwięków, muzycznych monologach, porządnej dawce historii muzycznej i ludzkiej w piosenkach oraz o… antykoncepcji muzycznej opowiada Wojtek Gruszczyński wokalista zespołu The Stage.

18 lutego ukazała się Wasza debiutancka płyta „Persona non grata”. Tytułowa piosenka, która promuje płytę, to bardzo wpadająca w ucho melodia, ale jednocześnie ciekawy i niebanalny aranż, no i słowa, które jednym się niezwykle podobają, a innych zmuszają do refleksji, o co właściwie w nich chodzi. Co Autor miał na myśli?
Zauważyłem w ciągu ostatnich lat, jak słowo uległo dewaluacji, jak rozmowy, a w istocie kontakt między ludźmi, został spłycony do krótkich form, właściwie do podawania informacji. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to to, że wyrażanie uczuć również stało się mechaniczne. Pomyślałem więc o człowieku, który nie akceptuje bądź nie odnajduje się w tym współczesnym świecie i nie za bardzo jest akceptowany (stąd persona non grata). Chciałem też, aby tekst był ironiczny, wesoły, ale też skłaniał do zastanowienia się. Konstatując: nie jest to więc wyznanie miłości, choć ktoś obliczył, że wyrażenie: „Kocham Cię” padło w piosence bodaj 74 razy, a jest satyrą na wyrażanie uczuć, na sposób wyrażania ich we współczesnym świecie.

Jak ludzie reagują na tę piosenkę? Dopytują Was o nią? Jakim grupom słuchaczy najbardziej się podoba? Potrafisz coś na ten temat powiedzieć?
Co mnie bardzo ucieszyło, ludzie reagują bardzo pozytywnie, podobno jak piosenka dotarła na ulicę Wiejską w Warszawie, to Donald i Jarek przez ten moment wręcz się polubili. Mówiąc poważnie, reakcja jest żywiołowa, z tego powodu też bardzo ciężko przejść po tej piosence do ballady, albowiem publiczność jest rozbawiona. Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się tak pozytywnej reakcji, choć piosenka ma stylistykę typowo popową, to z początku była to wersja akustyczna w nieco innej aranżacji. W każdym razie cieszę się bardzo.

Jesteście na scenie od wielu lat, w Waszej muzyce słychać bardzo różną stylistykę. Czy możesz opowiedzieć, jako autor i kompozytor większości numerów na płycie, kto JEST Twoim muzycznym guru?
Właściwie wszystko, co wiążę się z istotą tego, co tworzę, nie ma bezpośredniego odniesienia – w sensie aranżacyjnym, wykonawczym – z muzyką. To znaczy, to co słyszymy w moich kompozycjach jest bardziej analizą uczuć, słowa i jego werbalizacją muzyczną. Naturalnie wpływy tysiąca wykonawców, dziesiątek stylistyk, w końcu osobowości, z którymi przyszło mi pracować przez wiele lat, odbiły się na tym, jakim kompozytorem teraz jestem, to jednak działo się naturalnym biegiem  obcowania. Ja natomiast zawsze poszukiwałem idealnego przekazu (w moim rozumieniu) emocji poprzez łączenie dźwięków ze słowem; nieprzypadkowo te pieśni przeszły tak długą drogę. Nigdy zaś nie było jednego artysty tej planety, który byłby bardziej bliski muzyki niż ona sama w pojęciu przyrody i wszystkiego, co nas otacza i poza tym. Gdyby udało nam się przenieść na koncert The Stage kilka lat temu, to usłyszelibyśmy zupełnie inne pojmowanie dźwięków; wszystko było, że tak to ujmę – na granicy abstrakcji. Wtedy wielki wpływ na pojmowanie muzyki miał na mnie Piotrek Rachoń (jeśli już miałbym personalizować); uwielbiałem te przenoszenia się z jednego wymiaru w drugi; właściwie przed koncertem niewiele było wiadomo. Oddziaływanie na siebie w czasie rzeczywistym, dialogi, które były pełne metafizycznych rozważań; czasem zaś muzyczne monologi sprawiały, że długo po koncercie mogliśmy milczeć. Dzisiaj kompozycje na koncertach mają bardziej zwarty charakter, choć z pewnością nie brakuje miejsca na poznawanie się, nie tylko muzyczne. Płyta została przygotowana tak, aby słuchacz wiedział, że zespół ten niesie ciągłą tajemnicę i z pewnością porównań i dociekań o wpływy będzie nadto.

Opowiedz mi, proszę, o zespole i jego historii.
Wszystko się zaczęło, kiedy byłem jeszcze uczniem szkoły muzycznej, to był 1993 rok, może nawet 92. Postanowiłem, pod wpływem wielu przepięknych płyt, których słuchałem, założyć własny zespół z autorską muzyką. Pomyślałem, że mam wystarczające umiejętności, aby pisać muzykę; z tekstami było trudniej, bowiem niewielki bagaż doświadczenia – tak literackiego, jak życiowego - powodował, że miałem nieustające wrażenie banału. Przez te wszystkie lata przewinęło się przez zespół mnóstwo indywidualności muzycznych, co z pewnością będzie słychać na rzeczonej płycie, bo tak naprawdę grupa The Stage – mimo debiutu - to poważna dawka historii, tak muzycznej, jak i czysto ludzkiej. Jeśli ktoś chciałby usłyszeć, jak sprawdzamy się na żywo, zachęcamy do odwiedzania naszej strony internetowej www.thestage.pl, gdzie będziemy zamieszczać informacje o przygotowywanej trasie koncertowej.

Wspomniałeś, że przez zespół przewinęło się wielu muzyków. Czy możesz krótko powiedzieć coś o obecnym składzie?
Krótko nie mogę… Marcin Grzybek – to właściwie obecnie lider zespołu i jego basista; osoba, bez której zespół byłby w stanie hibernacji, ilość komplementów, którą musiałbym napisać, jest tak długa, że z pewnością nie starczyłoby miejsca na inne osoby. Przyjaciel. Michał Konior – wyśmienity gitarzysta, co zresztą nie tylko można usłyszeć w grupie The Stage, bowiem Michał jest bardzo wziętym muzykiem sesyjnym, bardzo wszechstronny i nader ekspresyjny. Ma bardzo ciekawe pomysły nie tylko muzyczne i nie mogę się oprzeć gracji, jaką posiadł w jedzeniu (mogę nieustannie patrzeć). Seweryn Piętka – najkrótszy staż w zespole, ale znam Go już długo i ciągle nie sposób mi się nadziwić, jak można było w tak krótkim czasie dojść do obecnego poziomu. Wspaniały chłopak. Arek Kaliński – poznaliśmy się na słynnym koncercie, który odbywał się na dachu Biblioteki Miejskiej w Będzinie, od razu urzekła mnie jego gra i wrażliwość, z jaką dźwięki wydobywa; wkrótce zaproponowałem współpracę, później okazało się, że jest do tego kapitalnym człowiekiem, a mówią, że nie można mieć wszystkiego. Łukasz Piechota – pierwszy pianista The Stage, który że tak powiem, jest poukładany; wie, czego chce, skrupulatny, do tego wspaniale gra. Mam nadzieję, że Łukasz nie będzie miał mi za złe, jak powiem, że dzięki tej współpracy bardzo się zbliżyliśmy do siebie (zabrzmiało groźnie). Beata Pysz – z Beatką mieliśmy już za sobą współpracę na bardzo prestiżowych imprezach masowych, ale dopiero po dwóch latach zaprosiłem ją do The Stage. Oczywiście z powodów estetycznych, bo śpiewa nie najlepiej… To oczywiście żart, ja przez te lata podziwiałem ją i miałem poważną tremę, aby zapytać o współpracę, jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że bez zająknięcia odpowiedziała: „tak”.

Wiem, że być może za wcześnie, aby o to pytać, bo dopiero ukazała się płyta i przygotowujecie trasę koncertową ją promującą – ale czy myślicie już o swojej muzycznej przyszłości? Czy jest już jakaś koncepcja kolejnego albumu?
Jest antykoncepcja, taka, aby płyta nie była bezpośrednio związana z naszymi narodowymi kompleksami, by w końcu cały przekaz dotarł… i żebym nie umarł, zanim tantiemy spłyną na moje konto. Mam również drugi pomysł, aby kolejna płyta pt. „Menu” zawierała jednak spostrzeżenia socjologiczne. Są już nawet tytuły niektórych piosenek: „Buraki znad Wisły” , „Niezły bigos na Wiejskiej”, „Nieznana Kaszana”, „Kaczka po rosyjsku”, „Poważne jaja”, „Karczochy atakują” itd.

Rozmawiała Joanna Musiałkowska-Gomółka



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat