Wszystko zaczęło się na Florydzie, w Orlando – mieście pełnym słońca, parków rozrywki i… menedżerów muzycznych z wielkimi ambicjami. To właśnie tam Lou Pearlman – człowiek z wizją i kontrowersjami – postanowił stworzyć boysband idealny. Zebrał pięciu młodych, utalentowanych chłopaków: AJ McLean, Howie Dorough, Nick Carter, Kevin Richardson i Brian Littrell. Pięć głosów, pięć historii, pięć dusz, które połączyła muzyka i marzenie o czymś wielkim.
W 1996 roku wydali swój debiutancki album „Backstreet Boys” – i choć w USA z początku nie zrobił furory, Europa – szczególnie Niemcy i Polska – pokochała ich od razu. Dziewczyny pisały pamiętniki, a chłopcy próbowali ukryć, że znają słowa „Quit Playing Games (With My Heart)” na pamięć. A kiedy przyszedł rok 1999 i światło dzienne ujrzał album „Millennium” – z hitami jak „I Want It That Way” czy „Larger Than Life” – stało się jasne, że Backstreet Boys to nie chwilowa moda, tylko fenomen kulturowy. Sama miałam wtedy 13 lat i młodzieńcze, gorące serce, które oddałam Brianowi.
Każdy z członków zespołu był jak inny żywioł: AJ – buntowniczy głos z duszą rockmana, Howie – cichy i ciepły jak deszczowy dzień, Nick – złoty chłopiec z plakatów, idol nastolatek, w którym kochały się wszystkie moje koleżanki. Kevin – dostojny, spokojny, jak głęboki oddech i Brian – serce zespołu, anielski wokal i ciepło, które niósł każdą frazą.
Z czasem jednak nawet najjaśniejsze światło może przygasnąć – Brian Littrell od lat zmaga się z poważnymi problemami z głosem. W wywiadach szczerze przyznaje, że jego struny głosowe przestały współpracować. Lekarze zdiagnozowali u niego dysfonię napięciową mięśni krtaniowych, która oznacza nadmierne napięcie mięśni wokół strun głosowych, co prowadzi do ograniczenia zakresu głosu i uczucia „ścisku” w gardle. To powoduje uczucie „skręcania się krtani” i utrudnia śpiew, sprawiając, że dłuższe nuty brzmią słabiej lub niepewnie. Brian cierpi także na dystonię krtaniową – to neurologiczne schorzenie, w którym sygnały z mózgu powodują mimowolne skurcze mięśni krtani. Głos „przycina się” lub „znika” w losowych momentach, a leczenie opiera się głównie na terapii i ćwiczeniach. Dla człowieka, którego głos był znakiem rozpoznawczym zespołu to prawdziwa tragedia – to jakby malarzowi odebrano kolory. Brian nie poddał się jednak – wciąż śpiewa, choć inaczej. Aranżacje utworów są dopasowane do jego możliwości wokalnych, więc zachował swoje partie praktycznie we wszystkich utworach. Nadal daje z siebie wszystko na scenie. Jego odwaga i szczerość stały się inspiracją dla fanów na całym świecie. Bo głos może ucichnąć, ale serce nigdy nie milknie.
Ich historia nie była jednak tylko cukierkowa – przeszli przez problemy z wytwórnią, kłótnie, uzależnienia (szczególnie AJ i Nick), odejście Kevina w 2006 roku i jego powrót w 2012. Jak prawdziwa rodzina wracali jednak do siebie, bo BSB to nie tylko zespół – to braterstwo, które przetrwało próbę czasu.
W 2019 roku, ponad dwie dekady od debiutu, wydali album „DNA”, który zadebiutował na pierwszym miejscu Billboard 200. To jakby ktoś powiedział: „Hej, chłopaki z plakatów wciąż tu są. Dorośli. Ale dalej dla Was grają”.
Backstreet Boys pokazali, że muzyka to nie tylko moda – to więź. Z pokoleniem, które dziś już ma dzieci, kredyty i siwe włosy, ale gdy tylko słyszy „Everybody (Backstreet’s Back)”, znowu ma 15 lat i tańczy w pokoju przed lustrem... Bo choć świat się zmienił, Backstreet Boys zostali naszym soundtrackiem dorastania. I chyba na zawsze będą – „backstreet's back – alright!”.
Joanna Sieg-Ulanowicz
(joanna.sieg-ulanowicz@dlalejdis.pl)
Fot. Toglenn - Praca własna, CC BY-SA 4.0