„Gra Endera” – recenzja

Recezja filmu „Gra Endera”.
„Gra Endera” jest jedną z najlepszych adaptacji, jakie miałam przyjemność oglądać.

„Gra Endera” Orsona Scotta Carda to już klasyka gatunku science-fiction i choć zbliża się powoli do 30. rocznicy wydania, to nie tylko nie traci na swej wymowie, ale także nabiera nowych sensów w coraz bardziej stechnicyzowanym świecie. Filmowa adaptacja powieści, która właśnie ukazała się na DVD, dorównuje książkowemu pierwowzorowi i jest pozycją, którą warto mieć w swojej kolekcji.

Opowieść o Enderze toczy się w niezbyt odległej, jednak niebezpiecznej przyszłości. Ziemia podnosi się po klęsce wywołanej wojną z kosmicznymi insektami, ale nad ludźmi nadal wisi groźba kolejnej śmiertelnej inwazji. Z tego powodu najzdolniejsze dzieci są obserwowane już od wczesnych lat, a jeśli spełnią odpowiednie wymagania trafiają do położonej w przestrzeni kosmicznej szkoły wojskowej. Ender jest właśnie jednym z takich dzieci, z którymi armia wiąże duże nadzieje, ponieważ zarówno jego brat Peter, jak i siostra Valerie, okazali się geniuszami, choć nienadającymi się do kariery wojskowej.

My poznajemy bohatera w momencie, kiedy okres obserwacji kończy się testem, który na swoje nieszczęście Ender zdaje. Dlaczego na nieszczęście? Otóż dlatego, że oczekiwania wobec niego są o wiele większe – ma on bowiem zostać dowódcą, który zwycięży w ostatecznej wojnie pomiędzy ludźmi a ich owadzimi wrogami. Nie oznacza to wcale, że będzie on faworyzowany – wręcz przeciwnie - od pierwszego dnia w wojskowej akademii wymagania wobec Endera okazują się o wiele większe niż wobec pozostałych kadetów. I tak krok po kroku bohater powoli przełamuje opór pozostałych uczniów, udowodnia, że nadaje się na przywódcę, a wreszcie nawiązuje prawdziwe przyjaźnie. Jednak jego szkolenie odbywa się olbrzymim kosztem, a gra, którą władze akademii prowadzą z Enderem bez wątpienia nie jest czysta.

Samo słowo „gra” w tytule ma wielowymiarowe znaczenie. Po części dlatego, że kadeci uczą się taktyki właśnie poprzez gry bojowe, które rozgrywają drużynami w specjalnych komorach. Ponadto istotną częścią opowieści jest gra fabularna, w którą Ender gra w wolnych chwilach, a która odnosi się do jego lęków i osobistych przeżyć. Ale „gra” ma tu też znaczenie jako zgubiona granica pomiędzy tym, co jest prawdą, a co symulacją w świecie, w którym, tak samo zresztą jak i w naszym, żeby zabić nie trzeba nawet patrzeć wrogowi w twarz, wystarczy nacisnąć przycisk uwalniający pocisk czy wysłać zdalnie sterowane drony.

Największą zaletą książki Orsona Scotta Carda jest sposób w jaki zbudował postać głównego bohatera, a wcielający się w rolę Endera Asa Butterfield (znany wcześniej z głównej roli w „Hugo”) doskonale oddał psychologię tej postaci i trzymam kciuki za to, aby dobrze spożytkował swój niewątpliwy talent. Zalet jego filmowego przeciwnika, generała Graffa granego przez Harrisona Froda, nie trzeba dodatkowo wychwalać.

„Gra Endera” jest jedną z najlepszych adaptacji, jakie miałam przyjemność oglądać, dzięki wierności pierwowzorowi, gwiazdorskiej obsadzie i ponadczasowemu przesłaniu. Jest to film, który warto mieć w swojej kolekcji, nie tylko dla fanów science-fiction.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

„Gra Endera”, reż. Gawin Hood, dystrybucja: Monolith Video, 2013



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat