W świecie nowoczesnych gier trudno znaleźć tytuł, który byłby jednocześnie prosty, pomysłowy i naprawdę angażujący. Wiele gier próbuje zachwycić ogromem komponentów, skomplikowanymi zasadami albo kartami z niesamowitymi ilustracjami. Tymczasem Egmont wraz z grą „Sfinks” pokazuje, że czasem wystarczą dwie kostki, bloczek papieru i dobry pomysł, aby stworzyć coś, co potrafi wciągnąć na długie godziny. Ta niepozorna gra okazuje się bowiem znacznie sprytniejsza, niż sugeruje jej małe pudełko.
„Sfinks” należy do popularnego dziś gatunku roll & write, czyli gier opartych na rzutach kośćmi i zapisywaniu wyników na arkuszach. Mechanika wydaje się banalna: rzucamy kostkami, tworzymy z cyfr liczby i wpisujemy je w odpowiednie miejsca na planszy. Problem polega na tym, że liczby muszą rosnąć według określonych zasad. I właśnie tu zaczyna się cała magia tej gry.
Tematycznie przenosimy się do starożytnego Egiptu. Budujemy piramidę, obelisk oraz tytułowego Sfinksa, starając się jak najlepiej wykorzystać dostępne wyniki rzutów. To nie jest jednak gra przygodowa pełna klimatycznych opisów czy fabularnych zwrotów akcji. Egipska oprawa stanowi raczej estetyczne tło dla matematyczno-logicznej łamigłówki. I trzeba przyznać, że działa to zaskakująco dobrze. Zamiast przesadnie rozbudowanej historii dostajemy elegancką, przejrzystą formę, która skupia uwagę na rozgrywce.
Największą siłą „Sfinksa” jest prostota zasad. Instrukcję można wyjaśnić w kilka minut, a pierwszą partię rozpocząć niemal od razu. Tutaj wszystko jest intuicyjne. Rzucasz kostkami, tworzysz liczbę – na przykład z 2 i 5 możesz zrobić 25 albo 52 – a następnie wpisujesz ją do odpowiedniego pola. Brzmi łatwo? Tylko do momentu, gdy okaże się, że źle zaplanowane liczby mogą całkowicie zablokować dalszą rozgrywkę. To właśnie planowanie sprawia, że „Sfinks” tak wciąga. Gra zmusza do ciągłego przewidywania. Czy wpisać teraz wysoką liczbę i zdobyć przewagę, czy zachować sobie miejsce na przyszłość? Czy ryzykować i liczyć na lepszy rzut? A może bezpieczniej będzie zagrać ostrożnie? Każda decyzja ma znaczenie, a pozornie niewinny błąd może zemścić się kilka tur później.
Najbardziej imponujące jest jednak to, jak wiele emocji udało się zamknąć w tak minimalistycznej formule. Partie są szybkie, dynamiczne i pełne napięcia. W jednej chwili wydaje się, że wszystko idzie idealnie, by po chwili fatalny układ kostek zmusił gracza do desperackiego ratowania sytuacji. To gra, która potrafi wywołać zarówno triumfalne okrzyki, jak i pełne frustracji spojrzenia na własny bloczek.
Warto podkreślić, że „Sfinks” bardzo dobrze skaluje się pod względem liczby graczy. Można grać zarówno w kameralnym gronie, jak i w większej grupie – nawet do dziewięciu osób. To ogromna zaleta, szczególnie dla rodzin, szkół czy spotkań towarzyskich. Każdy uczestnik jest zaangażowany przez cały czas, ponieważ wszyscy wykonują ruchy równocześnie. Nie ma tu długiego czekania na swoją kolej ani przestojów typowych dla rozbudowanych planszówek.
Chociaż gra naprawdę wciąga, to nie jest pozbawiona wad. Najczęściej wskazywanym problemem okazuje się losowość. Ostatecznie wszystko zaczyna się od rzutu kostkami, więc czasem nawet najlepszy plan może zostać zrujnowany przez pech. Dla części graczy będzie to źródło emocji, dla innych – frustracji. Osoby preferujące pełną kontrolę strategiczną mogą mieć poczucie, że wynik zbyt mocno zależy od szczęścia. Pewnym minusem bywają też drobne niejasności instrukcji. Sama mechanika jest prosta, ale niektóre szczegóły mogłyby zostać wyjaśnione bardziej przejrzyście. Na szczęście po jednej partii większość wątpliwości znika, a gra zaczyna działać bardzo płynnie. Pomocne okazują się również materiały instruktażowe dostępne na kanale YouTube wydawnictwa.
Co jednak najważniejsze, „Sfinks” ma w sobie niezwykle rzadką cechę: chce się do niego wracać. To jedna z tych gier, które po zakończonej partii prowokują natychmiastowe „jeszcze raz”. Krótki czas rozgrywki działa tutaj idealnie. Zamiast zmęczenia pojawia się chęć poprawienia wyniku i wypróbowania nowej strategii.
Gra świetnie sprawdza się również jako narzędzie edukacyjne. Bardzo naturalnie rozwija logiczne myślenie, planowanie i operowanie liczbami. Dzieci ćwiczą analizowanie sytuacji i przewidywanie konsekwencji własnych decyzji, często nawet nie zauważając, że uczą się podczas zabawy. To ogromna zaleta, szczególnie dla rodziców i nauczycieli szukających wartościowych gier rodzinnych.
„Sfinks” to gra szybka, inteligentna i uniwersalna. Sprawdzi się zarówno podczas rodzinnego popołudnia, szkolnej przerwy, jak i wieczoru ze znajomymi. Dzięki prostym zasadom łatwo wprowadzić nowych graczy, ale jednocześnie rozgrywka pozostaje wystarczająco angażująca, by zainteresować także bardziej doświadczonych fanów planszówek.
Firma Egmont po raz kolejny udowodniła, że potrafi wydawać gry niewielkie rozmiarem, ale duże pomysłem. „Sfinks” to dowód na to, że dobra planszówka nie potrzebuje setek elementów ani ogromnego budżetu produkcyjnego. Wystarczy jeden trafiony mechanizm i umiejętność budowania emocji. A tych w „Sfinksie” zdecydowanie nie brakuje!
Anna Stasiuk
Gra „Sfinks”, Wydawnictwo Egmont, 2026.
Komentarze