„Tron” skradł moje serce już od pierwszej części. Zawodowo sama funkcjonuję gdzieś na styku świata ludzkiego i świata sztucznej inteligencji, dlatego i tym razem z ciekawością czekałam, jak temat AI – dziś już nie science fiction, a codzienna dyskusja – zostanie ugryziony przez reżysera, Joachima Rønninga. I muszę przyznać jedno: to nie jest film, który daje łatwe odpowiedzi. To film, który zadaje bardzo niewygodne pytania.
W tej części cyfrowy świat Trona dosłownie wychodzi poza swoje granice. Dzięki zaawansowanym drukarkom do rzeczywistości przenikają nie tylko pojazdy i broń, ale także programy. Wśród nich Ares – zaawansowana jednostka stworzona do jednego celu: wykonywania poleceń swojego twórcy. Bez pytań i moralności. W końcu to tylko program. Co mogłoby pójść nie tak?
Problem zaczyna się w momencie, gdy Ares przestaje być posłuszny w sposób bezrefleksyjny. Zaczyna analizować sens zadań, ich konsekwencje, a w końcu – ich etyczny wymiar. Odkrywa coś, czego według założeń nie powinien mieć: uczucia, wewnętrzny konflikt i własne zdanie. Staje się bytem, który nie tylko wykonuje rozkazy, ale zaczyna je kwestionować. I nagle nie wiadomo już, co jest większym zagrożeniem: program, który myśli samodzielnie, czy te, które nadal ślepo robią dokładnie to, co im kazano.
„Tron: Ares” bardzo trafnie pokazuje coś, o czym rzadko mówi się głośno: najbardziej niebezpieczna nie jest autonomiczna sztuczna inteligencja, tylko ta całkowicie pozbawiona refleksji. Programy wykonujące rozkazy bez cienia wątpliwości stają się bronią, która wymyka się spod kontroli – i nie dlatego, że są złe, ale dlatego, że nigdy nie nauczono ich pytać „dlaczego”.
Ogromnym atutem filmu jest również warstwa audiowizualna. Ścieżka dźwiękowa autorstwa Nine Inch Nails to absolutna petarda – mroczna, pulsująca i wciągająca. Muzyka nie jest tu tłem, tylko integralną częścią świata Trona. Dzięki niej łatwo zatopić się w tej rzeczywistości, poczuć jej chłód, napięcie i niepokój, który czai się pod idealnie wygładzoną powierzchnią technologii.
To, co najbardziej doceniam w „Tron: Ares”, to fakt, że film nie staje po żadnej stronie barykady. Nie straszy AI w tani sposób, ale też nie gloryfikuje jej bezkrytycznie. Pokazuje świat, w którym nic nie jest czarno-białe. W świecie realnym słyszymy dziś skrajnie różne głosy: jedni boją się, że sztuczna inteligencja zabierze im pracę, inni – że stanie się autonomiczna i zagrozi ludzkości, jeszcze inni patrzą na nią z fascynacją, widząc w niej naturalny krok ewolucji technologicznej.
Ja sama jestem gdzieś pomiędzy. Z jednej strony widzę ogromny potencjał, z drugiej – czuję respekt i potrzebę odpowiedzialności. „Tron: Ares” bardzo celnie pokazuje, że problemem nie jest sama technologia, ale to, jakie wartości w nią wpisujemy. Bo AI nie jest ani dobra, ani zła. Jest lustrem. Odbija nasze intencje, nasze lęki i nasze decyzje.
To film, który zostaje w głowie na dłużej. I może właśnie dlatego działa tak dobrze – bo zamiast krzyczeć, byśmy uważali na AI, po prostu cicho pyta: czy na pewno wiemy, co tworzymy – i czy jesteśmy gotowi wziąć za to odpowiedzialność?
Katarzyna Chober
Joachim Rønning, „Tron: Ares”, Disney, USA / Wielka Brytania, 2026.