„Tron: Ares” – recenzja

Recenzja filmu „Tron: Ares”.
Trzecia odsłona serii „Tron” stawia niewygodne pytania o sztuczną inteligencję, moralność i granice posłuszeństwa. To wizualnie hipnotyzujący film, który nie straszy technologią, lecz zmusza do refleksji nad tym, co i po co tworzymy.

„Tron” skradł moje serce już od pierwszej części. Zawodowo sama funkcjonuję gdzieś na styku świata ludzkiego i świata sztucznej inteligencji, dlatego i tym razem z ciekawością czekałam, jak temat AI – dziś już nie science fiction, a codzienna dyskusja – zostanie ugryziony przez reżysera, Joachima Rønninga. I muszę przyznać jedno: to nie jest film, który daje łatwe odpowiedzi. To film, który zadaje bardzo niewygodne pytania.

W tej części cyfrowy świat Trona dosłownie wychodzi poza swoje granice. Dzięki zaawansowanym drukarkom do rzeczywistości przenikają nie tylko pojazdy i broń, ale także programy. Wśród nich Ares – zaawansowana jednostka stworzona do jednego celu: wykonywania poleceń swojego twórcy. Bez pytań i moralności. W końcu to tylko program. Co mogłoby pójść nie tak?

Problem zaczyna się w momencie, gdy Ares przestaje być posłuszny w sposób bezrefleksyjny. Zaczyna analizować sens zadań, ich konsekwencje, a w końcu – ich etyczny wymiar. Odkrywa coś, czego według założeń nie powinien mieć: uczucia, wewnętrzny konflikt i własne zdanie. Staje się bytem, który nie tylko wykonuje rozkazy, ale zaczyna je kwestionować. I nagle nie wiadomo już, co jest większym zagrożeniem: program, który myśli samodzielnie, czy te, które nadal ślepo robią dokładnie to, co im kazano.

„Tron: Ares” bardzo trafnie pokazuje coś, o czym rzadko mówi się głośno: najbardziej niebezpieczna nie jest autonomiczna sztuczna inteligencja, tylko ta całkowicie pozbawiona refleksji. Programy wykonujące rozkazy bez cienia wątpliwości stają się bronią, która wymyka się spod kontroli – i nie dlatego, że są złe, ale dlatego, że nigdy nie nauczono ich pytać „dlaczego”.

Ogromnym atutem filmu jest również warstwa audiowizualna. Ścieżka dźwiękowa autorstwa Nine Inch Nails to absolutna petarda – mroczna, pulsująca i wciągająca. Muzyka nie jest tu tłem, tylko integralną częścią świata Trona. Dzięki niej łatwo zatopić się w tej rzeczywistości, poczuć jej chłód, napięcie i niepokój, który czai się pod idealnie wygładzoną powierzchnią technologii.

To, co najbardziej doceniam w „Tron: Ares”, to fakt, że film nie staje po żadnej stronie barykady. Nie straszy AI w tani sposób, ale też nie gloryfikuje jej bezkrytycznie. Pokazuje świat, w którym nic nie jest czarno-białe. W świecie realnym słyszymy dziś skrajnie różne głosy: jedni boją się, że sztuczna inteligencja zabierze im pracę, inni – że stanie się autonomiczna i zagrozi ludzkości, jeszcze inni patrzą na nią z fascynacją, widząc w niej naturalny krok ewolucji technologicznej.

Ja sama jestem gdzieś pomiędzy. Z jednej strony widzę ogromny potencjał, z drugiej – czuję respekt i potrzebę odpowiedzialności. „Tron: Ares” bardzo celnie pokazuje, że problemem nie jest sama technologia, ale to, jakie wartości w nią wpisujemy. Bo AI nie jest ani dobra, ani zła. Jest lustrem. Odbija nasze intencje, nasze lęki i nasze decyzje.

To film, który zostaje w głowie na dłużej. I może właśnie dlatego działa tak dobrze – bo zamiast krzyczeć, byśmy uważali na AI, po prostu cicho pyta: czy na pewno wiemy, co tworzymy – i czy jesteśmy gotowi wziąć za to odpowiedzialność?

Katarzyna Chober

Joachim Rønning, „Tron: Ares”, Disney, USA / Wielka Brytania, 2026.




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat