Tu do gry wchodzi Dieta START od Kuchni Vikinga – nowość w ofercie, która zamiast pięciu posiłków proponuje trzy o łącznej kaloryczności 1500 kcal. Pomysł wydaje się banalnie prosty, ale właśnie w tej prostocie tkwi jego największa zaleta: mniej pudełek, niższy koszt i żadnego porannego dylematu w stylu „które z pięciu dań mam dzisiaj zjeść na początek?”.
Do tego nie wybieramy samodzielnie menu. Dostajemy gotowy zestaw, dzięki czemu odpada również kolejna mała decyzja, którą trzeba podjąć w ciągu dnia. A jak wiadomo, czasami najlepszą decyzją jest… brak decyzji.

Dostawy podczas mojego tygodniowego testu przebiegały bezproblemowo. Pudełka docierały na czas i pod wskazany adres, a jedzenie było świeże i odpowiednio zapakowane. Czyli dokładnie tak, jak powinno być. Nie musiałam polować na kuriera ani prowadzić śledztwa pod tytułem „gdzie jest moje pudełko?”. Warto też wspomnieć o samych opakowaniach, bo tutaj Kuchnia Vikinga naprawdę ułatwia życie. Poszczególne części posiłku, na przykład surówkę czy sos, można bez problemu oddzielić od głównego pojemnika, a ten ostatni, bez przekładania jedzenia na talerz, umieścić w mikrofalówce. Niby drobiazg, ale właśnie takie drobiazgi robią różnicę. Bez przekładania, bez szukania odpowiedniego naczynia i bez logistycznych działań godnych operacji wojskowej. Otwieramy, oddzielamy dodatek, podgrzewamy i gotowe. W przypadku diety pudełkowej, która ma przede wszystkim oszczędzać czas, takie rozwiązanie zdecydowanie zasługuje na plus.
Najważniejsze było jednak to, co znajdowało się w środku. I tutaj muszę przyznać, że Dieta START całkiem skutecznie rozprawia się z moją obawą, że trzy posiłki oznaczają trzy smutne pudełka i wieczny głód. Posiłki były na tyle sycące, że przez większość dnia nie miałam potrzeby nerwowego zaglądania do szafki w poszukiwaniu czegoś „małego”. A przecież wiadomo, że „coś małego” w świecie przekąsek ma podejrzaną tendencję do kończenia się na całkiem pokaźnej porcji.
Bardzo dobrze wspominam pancakes oraz naleśniki. Były smaczne, sycące, ale jednocześnie nie za słodkie. I to jest dla mnie duży plus, bo słodkie śniadanie potrafi być przyjemne przez pierwsze trzy kęsy, a później człowiek zaczyna zastanawiać się, czy przypadkiem nie dostał deseru zamiast pierwszego posiłku dnia. Muszę przyznać, że Kuchnia Vikinga przekonała mnie do śniadań na słodko. Nie spodziewałam się tego i była to dla mnie miła niespodzianka. Naleśniki czekoladowe, orkiszowe - wszystkie były delikatne i miło było rozpocząć z nimi dzień.

Ciekawą odmianą był również wiśniowy jogurt grecki z nasionami chia i granolą. Lekki, przyjemny i zupełnie inny od klasycznych kanapkowych propozycji. Również pasztet drobiowy z pistacjami okazał się miłym zaskoczeniem, a hummus z warzywami skradł moje kubki smakowe.

Nie wszystko jednak trafiło w mój gust. Najmniej przypadła mi do gustu pasta jajeczna w wersji sauté. Za to jej wariant z dodatkiem suszonych pomidorów był zdecydowanie bardziej udany. Jak widać, czasami kilka suszonych pomidorów potrafi zrobić więcej dobrego niż niejeden kulinarny wykład.

Największe wrażenie zrobiły na mnie kotlety de volaille oraz polędwiczka w sosie cebulowym. Polędwiczka była krucha i chuda, czyli dokładnie taka, jakiej można oczekiwać od dobrze przygotowanego mięsa. Sos cebulowy dobrze komponował się z całością, a puree ziemniaczane było po prostu smaczne.

Kotlety de volaille z młodymi ziemniakami i wiosenną surówką z kapusty dostają ode mnie mocne 10/10. Smaki były świetnie wyważone. Danie było dobrze doprawione. Każdy element pasował do pozostałych. Bez sytuacji, w której jeden składnik próbuje przejąć kontrolę nad całym posiłkiem, a reszta może tylko siedzieć w kącie i zastanawiać się, po co w ogóle znalazła się na talerzu. To były dania, do których z przyjemnością wracałam myślami. Bardzo dobrze wypadło również penne w sosie pomidorowym z kurczakiem, kotlety pożarskie.

Klasyczny kotlet schabowy oceniam bardzo pozytywnie. Bez fajerwerków, ale czasami właśnie o to chodzi. Na plus zdecydowanie zaliczam dodatek kiszonej kapusty z jabłkiem, który dobrze przełamywał całość.

Pierogi z mięsem drobiowym oraz mięsne pyzy były poprawne, choć tutaj miałam wrażenie, że można było wycisnąć z tych dań trochę więcej. Nie do końca przekonało mnie również zestawianie ich z surówkami czy dipem koperkowym. W przypadku takich klasycznych, konkretnych dań sama postawiłabym raczej na prostsze dodatki, a właściwie chyba zrezygnowałabym z nich w ogóle.

Mam też jedną małą sugestię, która prawdopodobnie nie wszystkich ucieszy, ale ja chętnie zobaczyłabym choć jeden bezmięsny obiad w tygodniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że mogę należeć do mniejszości i większość klientów Kuchni Vikinga może zdecydowanie protestować przeciwko odebraniu im mięsa, ale ja skrycie marzyłam o małym, kulinarnym twiście.

Jeżeli chodzi o dodatki, nie wszystko było równie udane. Ogórek małosolny, przynajmniej w moim przypadku, nie do końca zagrał z resztą. Uczciwie muszę jednak zaznaczyć, że to najprawdopodobniej kwestia indywidualnego gustu. Ktoś inny może właśnie ten element uznać za najlepszą część obiadu. Są przecież ludzie, którzy dobrowolnie wrzucają rodzynki do sernika i ananasa na pizzę. Świat jest pełen różnic. Surówki z kapusty kiszonej i świeżej uważam natomiast za trafione uzupełnienie posiłków – smaczne i świeże.
Największy problem pojawił się jednak przy kolacjach. Nie dlatego, że były niesmaczne. Wręcz przeciwnie – pizza pepperoni oraz jej wegetariańska wersja z pieczarkami i papryką należały do moich ulubionych propozycji. Bardzo dobrze wypadły też tacos z szarpaną wieprzowiną. To było jedno z tych dań, które po prostu chciało się zjeść do ostatniego kęsa. Curry również oceniam pozytywnie.


Problem pojawia się gdzie indziej – w różnorodności. Kolacje dość często krążyły wokół podobnego schematu: tortilla, mięso, tofu, sos i mniej lub bardziej meksykańskie klimaty. Od czasu do czasu – świetnie. Przez dłuższy czas? Mogłoby zacząć nużyć. Kuchnia meksykańska czasami potrafi być jak dobry thriller. Na szczęście tutaj obyło się bez takich atrakcji, bo sposób doprawienia był naprawdę w punkt – nie było dań przesadnie ostrych, przy których po trzech kęsach człowiek zastanawia się, czy w domu jest jeszcze mleko i gdzie właściwie znajduje się najbliższa gaśnica. I chyba właśnie dlatego furorę zrobiły pierogi z twarogiem z sosem truskawkowym i migdałami. Całkiem nieoczywisty wybór na kolację, ale w moim przypadku zadziałało genialnie.

Podobnie wygląda kwestia przyprawiania kurczaka. Zauważyłam, że zestaw przypraw jest dość powtarzalny, przez co mięso w kolejnych daniach momentami zaczynało smakować podobnie. Tutaj przydałoby się zdecydowanie więcej kulinarnego szaleństwa. Raz kuchnia meksykańska, innym razem śródziemnomorska, azjatycka, ziołowa czy bardziej klasyczna. Kurczak naprawdę ma więcej osobowości niż jedna mieszanka przypraw. Mimo tych uwag tygodniowy test oceniam jednak bardzo pozytywnie.
Dieta START to ciekawa propozycja przede wszystkim dla osób, które nie potrzebują pięciu posiłków dziennie. Trzy dania są wygodniejsze, a przy tym dieta pozostaje sycąca i wystarczająco różnorodna, żeby nie mieć poczucia jedzenia w kółko tego samego. Największym atutem jest dla mnie właśnie prostota: dostajemy gotowe menu i nie musimy zastanawiać się, co ugotować, co kupić i czy po pracy będzie nam się jeszcze chciało stać przy kuchence.

Czy jest idealnie? Nie. Chciałabym większej różnorodności kolacji, bardziej zróżnicowanego przyprawiania mięsa i chętnie zobaczyłabym od czasu do czasu bezmięsną propozycję obiadową. Kilka dodatków również można byłoby dopracować, ale jeśli ktoś zapyta mnie, czy trzy posiłki zamiast pięciu mają sens, odpowiem: zdecydowanie tak. Zwłaszcza jeśli za mniejszą liczbą pudełek idzie również niższy koszt, a człowiek czuje się najedzony i nie musi wieczorem urządzać wyprawy do lodówki.
Po tygodniu z Dietą START nie mam więc poczucia, że czegoś mi brakowało. Doceniłam, że dieta może być jednocześnie wygodna, sycąca i całkiem różnorodna, bez robienia z jedzenia projektu na pełen etat. A trzy pudełka zamiast pięciu? Cóż… czasami mniej naprawdę znaczy więcej. Na plus zapisuję również dostępność dostaw. Kuchnia Vikinga dociera nie tylko do dużych miast, ale także do mniejszych miejscowości, co dla wielu osób może być jednym z ważniejszych argumentów przy wyborze cateringu. Dieta pudełkowa nie powinna być przecież przywilejem wyłącznie tych, którzy mieszkają w największych aglomeracjach.
Anna Wasyliszyn
Fot. AW
Komentarze
Zgłoś komentarz, jeśli narusza regulamin, zawiera spam, obraźliwe treści lub inne nieodpowiednie informacje.