„Dzień Dobry TV” - koniec epoki komedii romantycznych?

Recenzja filmu "Dzień Dobry TV"
Wśród scenarzystów hollywoodzkich produkcji obyczajowo-komediowych zapanował chyba wiosenny nastrój, który odebrał im resztki kreatywności.

Szkoda tylko, że skutki ich wiosennej euforii trafiają do kin, gdzie uderzają z całą mocą w bezbronnych widzów. Czuję zatem, że muszę uświadomić zakochanych wybierających się na najnowszą „komedię” pt. „Dzień Dobry TV”. Idźcie lepiej na spacer, no chyba, że wybieracie się do kina, a nie na film.

Oglądając produkcję Rogera Mitchella (tego od „Nothing Hill”), nie mogłam wyjść z podziwu, że komuś jeszcze się chce kręcić nudne jak flaki z olejem filmy oparte TYLKO na utartych schematach. Pewnego razu jest sobie pani producent telewizyjna – Betty Fuller (Rachel McAdams), która zostaje zwolniona z pracy. Szybko jednak znajduje nową pracę, w której staje przed nie lada wyzwaniem: ma uratować poranny program przed zdjęciem z anteny. Oczywiście, ambitna i nieco roztrzepana kobieta nie przejmuje się niepowodzeniami, dzielnie walczy z apodyktycznym szefem, który macha jej przed oczami z napisem „wyniki”.

Jest też wielka, zła gwiazda dziennikarstwa - Mike Pomeroy (Harrison Ford), która nie chce współpracować z ludźmi poniżej swojego poziomu. Jednak, ku wielkiemu zaskoczeniu, po 40 latach bycia najgorszą osobą na świecie, zmienia się i gotuje na wizji zamiast opowiadać o wojnie w Kosowie. I, o dziwo, jest szansa, że dogada się ze współprowadzącą (Diane Keaton). O tym, że pojawia się wątek miłosny, chyba nie trzeba wspominać, a to, między kim a kim się wywiąże i jak się skończy, widz wie po 10 minutach filmu.

Prawie zapomniałam o szokującym finale. Na przekór przeciwnościom i za cenę wielu wyrzeczeń, Betty osiąga sukces (mam nadzieję, że nie zepsułam frajdy tym, którzy zamierzają obejrzeć „Dzień Dobry TV”), więc pojawia się oferta od konkurencyjnej firmy. Decyzja jest naprawdę trudna, a walka wewnętrzna bohaterki wyczerpująca, jednak w ostatecznym rozrachunku dokonuje jedynego trafnego wyboru.

Zetknęłam się z opinią, że film pokazuje gorzki świat, w którym nieustannie trzeba rywalizować, ale i dostosowywać się do zmieniających się trendów i oczekiwań. Głęboki poziom tej refleksji sprawia, że zdumionemu widzowi ciężko wypłynąć na powierzchnię po tym szokującym odkryciu. Bo to zaprawdę iście noblowskie odkrycie, że najczęściej narzekamy na to, czego się boimy i czego tak naprawdę nie znamy.

A czy nie można po prostu napisać, że film jest okropnie nudną sztampą, która nie dość, że właściwie w niczym nie przypomina prawdziwego życia, to jeszcze ani nie bawi, ani nie pobudza do rozważań? „Dzień Dobry TV” to klapa na całej linii a, proszę mi wierzyć, jestem wielbicielką komedii romantycznych. Szkoda tylko, że zamiast filmów w stylu „To właśnie miłość”, „Uwierz w ducha” czy „Pretty Woman” powstają szmiry w stylu „Dorwać byłą” czy „Jedz, módl się i kochaj”. A jeszcze bardziej dziwi mnie, że w takich produkcjach biorą udział świetni skądinąd aktorzy.

W Harrisonie Fordzie zakochałam się po pierwszym obejrzeniu „Indian Jonesa”. Po zapoznaniu się z „Czasem Apokalipsy”, „Frantikiem” czy nawet „Uznanym za niewinnego”, uważałam, że to świetny aktor, który wybiera najlepsze dla siebie produkcje. Myślałam, że jego decyzja o udziale w czwartej, bardzo słabej części przygód o dzielnym archeologu, to tylko jednorazowa pomyłka. Niestety, udział w „Dzień Dobry TV” to poważny błąd. Ford po prostu tam nie pasuje. Problemem nie jest „romantyczność” filmu (dobra rola Harrisona np. w „Sześć dni, siedem nocy”), ale chaos opowieści, która niczym nie zaskakuje. To nie jest produkcja dla mężczyzny, który dla wielu pokoleń kobiet stanowi uosobienie męskości.

Szkoda również, że Diane Keaton od końca lat 90. nie popisała się udziałem w żadnej wybijającej się produkcji, może poza ciekawym „Lepiej późno niż później”. Tak utalentowana aktorka, która zabłysnęła w kultowej produkcji Coppoli z wiekiem zdecydowała się grać w coraz marniejszych produkcjach (za „A właśnie, że tak”, była nominowana do Złotej Maliny). Choć wpasowuje się w klimat filmu, to jednak chyba nie do końca jej to odpowiada, bo gra nieco sztucznie, w sposób zbyt agresywny i po prostu mało przekonujący.

„Dzień Dobry TV” za oceanem nie spotkał się z entuzjazmem ani krytyków, ani widowni. I w ogóle mnie to nie dziwi, bo tak słabej produkcji dawno nie było. Dlatego zamiast wydać kilkanaście złotych na bilet, lepiej przejść się z ukochanym na spacer i lody.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat