„Habemus papam” - śmiech przez łzy

Recenzja filmu „Habemus papam”.
Czego można się spodziewać po zaciekłym lewicowcu i ateiście, który przekracza bramy Watykanu? Tylko „Habemus papam”, czyli mamy latający cyrk kardynalsko-psychoanalityczny.

Twórcy Monty Paytona przyzwyczaili widzów do daleko posuniętej groteski. Niekiedy przekraczające granice dobrego smaku skecze co wrażliwsi nazwaliby obrazoburczymi. Z kolei Martin Scorsese, genialny, znany z wielu znakomitych, poważnych filmów wywołał wiele sprzeciwów swoim „Ostatnim kuszeniem Chrystusa”. Syn Boży, który przeżywa wszelkie stany człowieczego umysłu to obraz zdecydowanie trudny do przyjęcia dla osób wierzących. I gdyby Brytyjczycy od „Życia Briana” postanowili nakręcić film z nałogowym rozwodnikiem, powstałby właśnie najnowszy film Morettiego.

Oto rozpoczyna się konklawe. Dostojni starcy przekraczają bramę Kaplicy Sykstyńskiej, by w skupieniu własnych serc podjąć decyzję o wyborze najodpowiedniejszego przywódcy katolików na całym świecie. Ups... jeden z wielmożnych kardynałów spadł z krzesła. W końcu zapala się światło, głosowanie. Hej! Nie zaglądaj mi przez ramię, czyje imię wpisuję! W końcu jest! Biały dym oznacza, że nowy papież został wybrany. Zaraz ma się pokazać na balkonie, by pobłogosławić wiernych, zebranych na Placu św. Piotra. Jednak kardynał Melville (Michel Piccoli) wcale nie chce wkładać papieskiej tiary i ubioru. Wymownie szarpie utrudniający mu oddychać element szaty...

Przytłoczonemu odpowiedzialnością papieżowi nie pomaga modlitwa, wsparcie kardynałów, konsylium najlepszych watykańskich medyków. Nadzieją jest psychoanalityk ateista (Nanni Moretti), który chce tylko wykonać swoją pracę. I bardzo denerwuje go to, że papież znika, a on nadal musi siedzieć za murami archaicznej instytucji w gronie uzależnionych od tabletek nasennych staruszków. Ale dostojeństwo i powaga sprawowanego urzędu to jedno, a potrzeba rozrywki to drugie. Zamknięci w pozbawionym kontaktu ze światem Watykanie przywódcy duchowni katolików na całym świecie to też ludzi. Jedni to urodzeni hazardziści, inni to niespełnione gwiazdy siatkówki, jeszcze inni marzą tylko o cappuccino i wystawie Caravaggia. Dlaczego im tego nie dać?

Jednak nie wszyscy bawią się w najlepsze w oczekiwaniu na przyszłego papieża, który przechadza się ulicami Rzymu. Rzecznik Watykanu – Maciej Rajski – nie uczestniczy w tym karnawale. Podobnie jak pątnicy na obrazie Bruegla, przemyka cichcem przez korytarze pełne rozweselonych staruszków i stara się ukryć przed światem nieobecność papieża. Dla niego cała niezrozumiała sytuacja to post, który musi przetrwać, by wyjść umocnionym i bardziej gotowym do poświęceń. Ale nie tylko on staje w pełnym świetle przeciwności losu i wielkiej odpowiedzialności...

Obraz Morettiego to film dziwny, nierówny. Z jednej strony groteska Monty Paytona, z drugiej przemieszanie człowieczeństwa z duchowością w stylu „Ostatniego kuszenia...”, a jeszcze na dokładkę wciska się refleksja o niespełnionych marzeniach. Moretti bawi się konwencjami, flirtuje i upija w przydrożnym barze sztywne i zakonserwowane w formalinie czasu struktury i przyzwyczajenia. Czasem jest to śmiech przez łzy, gdy najdostojniejsza osoba w Kościele nie wie, jak poruszać się we współczesnym świecie. Film groteskowy, momentami błazeński, uderza jednak nieraz bardzo mocno w najdelikatniejszy punkt człowieczeństwa. Podobnie jak genialne dzieło „Życie jest piękne” Roberta Benigniego, „Habemus papam” pod maską klauna ukrywa smutek...

Po seansie wyszłam z kina zdezorientowana. Jeśli nie ma już żadnych świętości, jeśli nawet najbardziej znamienite osobistości na świecie tak naprawdę są słabe, to w co wierzyć? Na pewno nie w absurdalną psychoanalizę, która pyszałkowato prosi o uznanie jej za matkę ludzkiej duszy...

„Habemus papam” to film niespokojny, kpiący, a jednocześnie poruszający. Postawa wielu bohaterów wyda się widzowi bliska. Jednak czy na pewno tego potrzebujemy? Czy chcemy odzierać się z mitów, z tajemnic? Czy dostojni kapłani powinni rzucać się na piach, byle tylko odbić piłkę? Granice świętości przesunął Nikos Kazantzakis w swojej „zakazanej” powieści. Jak ocenić rolę Morettiego? Odpowiedź należy do każdego indywidualnie. Obejrzyjcie „Habemus papam”, by wiedzieć, gdzie są Wasze granice.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat