Wytwórnia Walta Disneya wypuściła spod swoich skrzydeł wiele udanych produkcji kina rodzinnego. Niestety, ograne schematy i gagi już nikogo nie bawią, a przewidywalność wręcz boli, o czym chyba zapomnieli twórcy "Starych wyg". Komedii, której nie uratował nawet tandem Travolta-Williams.
Pewnego razu było sobie dwóch panów biznesmenów w średnim wieku. Przyjaciele na zawsze i jednocześnie partnerzy w interesach. Dlatego, gdy żona zostawia Dana (Robin Williams), Charie (John Travolta) nie pozwala kumplowi cierpieć i zabiera go na wycieczkę, która ma pomóc mu odzyskać poczucie własnej wartości i wyzwolić go z niewidzialnych pęt nieistniejącego już małżeństwa. Konsekwencje kilkudniowych wakacje okazują się jednak mieć swój dalszy ciąg nie tylko następnego dnia w postaci kaca i tatuażu na klatce piersiowej.
Pewnego dnia Dan dowiaduje się, że ma dwójkę dzieci, spłodzonych podczas szalonej nocy po "ślubie" na plaży z niejaką Vicki (Kelly Preston). W wyniku pewnych okoliczności siedmioletnie bliźniaki Zack (Conner Rayburn) i Emily (Ella Bleu Travolta) muszą pozostać pod opieką taty, który nieszczególnie pali się do nadrobienia rodzicielskich zaległości. Przyparty do muru, zgadza się opiekować rezolutnymi dzieciakami, które wnoszą wprawdzie wiele bałaganu, ale i budzą w Danie nieznane dotąd uczucia.
Dopisana trochę "na siłę" komplikacja losu głównych bohaterów tylko oddala widza od zakończenia, które można, niestety, przewidzieć od samego początku. Zero zaskoczenia, pełna, ckliwa przewidywalność. Naprawdę szkoda dwóch, skądinąd znakomitych, aktorów. To smutne, że nie każdy potrafi starzeć się z godnością. Granie infantylnego faceta w średnim wieku ani nie pomaga się odmłodzić, ani nie ma nic wspólnego z zabawą graniem, na którą pozwalają sobie niektórzy starsi aktorzy.
Meryl Streep nikt nie odważyłaby się zarzucić, że przyjmując rolę w "Mamma mia" stara się oszukać starość. A obawiam się, że właśnie takimi przesłankami kierowali się Travolta i Williams, decydując się na udział w produkcji. Stare wygi świata kina powinny wiedzieć, co śmieszy, a co jest raczej żałosnym elementem, próbującym odwrócić uwagę od kiepskiego scenariusza. Wymuszane, udawane miny można raczej zaliczyć do kategorii żałosnych, a nie śmiesznych. Nic dziwnego, że wśród tegorocznych nominowanych do Złotych Malin film Waltera Beckera występuje m.in. w kategoriach "najgorszy film roku" i "najgorszy aktor pierwszoplanowy" ("wyróżnienie" dla Travolty).
Obawiam się, że skończyła się era dobrego kina rodzinnego. Rodzice, którzy chcieliby zabrać swoje pociechy na wspólny seans nie mają wielkiego wyboru. Na ekranie będą oglądać albo sagę o wampirach, której nie da się przełknąć bez popicia, albo Robina Williamsa pod prysznicem, co wzbudzi niesmak dorosłych, a dzieciom będzie się śniło po nocach. Wybierając się na "Stare wygi" liczyłam się z tym, że raczej nie czeka mnie nowy "Hook" (też z Robinem Williamsem) czy nawet "Mali agenci", o "Nie ufajcie bliźniaczkom" nie wspominając. Szkoda tylko, że to właśnie w ten sposób kino rodzinne oddaje jedno ze swoich ostatnich tchnień.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Komentarze