„Władcy umysłów” - popłuczyny po klasykach gatunku

Recenzja filmu "Władcy umysłów".
Dawno nie widziałam tak mało oryginalnego filmu. I wcale nie trzeba być ekspertem w dziedzinie kinematografii, żeby bez trudu wskazać szereg tytułów, których elementy umieszczono we „Władcach umysłów”.

Przede wszystkim – trylogia o losach Jasona Bourne'a. Człowiek praktycznie bez przeszłości, który musi zmierzyć się z nieznanymi „onymi”. „Oni” to niezdefiniowana, ukuta ze strzępów informacji grupa osób odpowiedzialnych za życie bohatera i „losy świata”. Oczywiście, przechadzają się po ulicach w długich prochowcach, żeby pozostać niezauważonymi. Wracając jednak do analogii z Boune'em – z pewnością na błyskawiczne skojarzenie z obrazem Douga Limana ma wpływ osoba Matta Damona. Choć jako aktor jest bardzo plastyczny i potrafi stworzyć odnaleźć w sobie zarówno duszę zagubionego, genialnego matematyka, jak i przebiegłego stróża prawa na usługach lokalnej mafii, to jednak z pistoletem w ręku podczas ucieczki przed „nimi” kojarzy się z Bourne'em. A szkoda, bo postać „wyhodowanego” dla konkretnego celu polityka mogła być wielkim wyzwaniem dla Damona.

David Norris (Matt Damon) ma wielkie szanse, by zdobyć fotel senatora i stać się najmłodszym w historii przedstawicielem narodu w wyższej izbie Kongresu. Słupki popularności rosną, wiece przyciągają tłumy sympatyków... aż tu nagle pierwsze strony gazet donoszą o niebywałym skandalu z udziałem Norrisa - „chłopaka z Brooklynu”. Wyborcy odwracają się od nieodpowiedzialnego, niedojrzałego młokosa, który potrafi wdać się w walkę na ulicy. Jednak, skąd prasa miałaby szokujące zdjęcia? „Im” ten skandal pasował do planu. Nie pasuje „im” tylko przypadkowe, ale zmieniające bieg planowanych wydarzeń spotkanie Davida z piękną baletnicą – Elise Sellas (Emily Blunt). Nie było jej w zamyśle, więc nie wolno dopuścić, by ten niesforny, mający jednak wolne uczucia młody polityk znowu napotkał ją w autobusie czy na ulicy.

I tu upatruję kolejnego podobieństwa do innego znanego obrazu, czyli „Truman Show”. Oczywiście, nie ma tu kamer, które sprawiają, że wszyscy mogą obserwować życie bohatera, jednak pojawia się motyw wielkiego kreatora, który nakreślił w swojej głowie genialny plan, według którego jednostka powinna postępować. Gdy jednak pionek orientuje się w swojej sytuacji, postanawia przełamać bariery i zmierzyć się z niewidzialną, tajemniczą siłą. Jednak nie zawsze taka konfrontacja kończy się „spotkaniem z reżyserem”. We „Władcach umysłów” ktoś jeszcze poza Norrisem wyłamuje się z szyku i psuje plan. Pytanie tylko, jak zareaguje na to kreator.

Norris dowiaduje się, że jego życie zostało rozpisane i zaplanowane jeszcze przed jego narodzinami. Zgadza się jednak usiąść do stołu z „nimi” i zagrać w pokera życia po ich rozdaniu kart. Poddaje się siłom, których nie rozumie, ale czuje, że powinien uczestniczyć w kolejnych partiach, dopóki na stole nie pozostaną żetony tylko jednej osoby. Jednak za podjęcie kart trzeba zapłacić. Polityk zgadza się na stawkę wejściową, zaproponowaną przez „nich”. Czy jednak wygrana będzie stanowiła satysfakcjonującą rekompensatę za kwotę wejściową?

I tu kolejna analogie, tym razem do „Matrixa” i kultowego wyboru niebieskiej lub czerwonej pigułki. Poznanie kontra niewiedza, wolność kontra zniewolenie, miłość kontra sukces. O konieczności dokonania wyboru pomiędzy wartościami traktuje niemal każdy film. Jednak trzeba oddać „Władcom umysłów”, że pod postacią pytania o konflikt miłości i sukcesu kryją się nie głębokie uczucia, a zniewalająca potrzeba samodzielnego kierowania swoim życiem. Bo choć David faktycznie kocha Elise, to jednak ma świadomość, że jest ona jego kluczem do prawdy i wolności, że tylko dzięki niej wymaże siebie z planu wielkiego kreatora. Możliwość decydowania o swoim losie to wielki dar, o który warto walczyć.

„Władcy umysłów” nie są filmem wybitnym, oryginalnym. George Nofli, bazując na tekście Philipa Dicka, nie opowiedział wciągającej historii, nie poruszył ważnych problemów społecznych, czasem zahaczył wręcz o żałosną groteskę (dowolne przemieszczanie się po mieście dzięki kapeluszom). Stworzył jednak obraz, który w całej swojej posępności daje odbiorcy wiele nadziei. A dynamiczna akcja i narastające stopniowo punkty kulminacyjne sprawią, że film będzie się oglądało przyjemnie. Polecam go jednak raczej na wieczór we dwójkę niż na męskie spotkanie, bo chyba nie ma mężczyzn, którym spodobałoby się ckliwe, przewidywalne od początku zakończenie.

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

DVD „Władcy umysłów”, TIM Film Studio 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat