Ciekawe, czy gdyby Benh Zeitlin i Lucy Alibar nie byli przyjaciółmi, to czy ich współpraca odznaczałaby się tak idealnym zgraniem słowa i obrazu. Może właśnie za względu na prywatną więź, reżyser i scenarzystka wspólnie stworzyli film, w którym żadne słowo nie jest wypowiedziane w niewłaściwym momencie, a żaden obraz bezsensownie nie zapełnia czasu, nie wnosząc nic wartościowego.
„Bestie z południowych krain” to bardzo oszczędny w wyrazie, a jednocześnie bogaty w treść film o wielkiej walce o przetrwanie. Mnie osobiście bardzo mocno skojarzył się z powieścią Doris Lessing pt. „Pamiętnik przetrwania”. Świat, który do tej pory stanowił apogeum rozwoju i szczyt cywilizacji, rozpada się na kawałki, zmuszając część ludzi do przystosowania się do życia w społeczeństwie opartym na strukturach plemiennych. Z brutalnej rzeczywistości nie ma realnej ucieczki, choć w „Bestiach południowych krain” można próbować przedostać się „za tamę”. Pojawia się jednak pytanie o to, czy „ucywilizowany” fragment świata jest faktycznie lepszym miejscem do życia niż „prymitywne” Bathtub, składające się z nędznych domów, po którym ludzie poruszają się na skleconych ze śmieci łodziach. Kim są zatem ci, którzy wybrali taki rodzaj egzystencji zamiast bliskości fachowej pomocy medycznej i mieszkania w wieżowcu?
Jest wśród nich mała Hushpuppy i jej tata Wink. Podobnie jak inni mieszkańcy Bathtube – osady wygnańców, odmieńców, osób wykluczonych poza społeczność „miasta” - starają się wygrać walkę o przetrwanie z wodą, która ich zalewa, z „pomocą”, która oznacza zniewolenie i z bestiami, które po stopieniu lodowców zostały uwolnione z ich okowów i ruszają na polowanie, by zaspokoić tysiącletni głód. No właśnie, ale czy te straszne potwory, te olbrzymie tury, faktycznie istnieją? W świecie boleśnie prawdziwym i przenikniętym zapachem zgnilizny, „bestie” nie muszą wcale istnieć, by ludzie czuli się zagrożeni i niepewni swojej przyszłości. Być może, tak jak w przypadku „Labiryntu fauna” Guillerma del Toro, Hushpuppy, podobnie jak Ofelia, stworzyła sobie w wyobraźni pewien konstrukt, będący odpowiedzią na wszelkie lęki i sposobem na ucieczkę od tego, co prawdziwe. Ale to tylko „być może”.
Zresztą, cały obraz Zeitlina jest filmem „być może”. Jak wspomniano wyżej, oszczędność słów i obrazu, pozostawiają widzowi duże pole do wyobrażania sobie tego, co nie pokazano wprost. To nie jest film, który ogląda się z niecierpliwością w oczekiwaniu na dalsze wydarzenia, bo fabuła składa się z wątków pobocznych. To zlepek pytań i odpowiedzi, jednak, co ciekawe, każdy ma szansę odczytać je w indywidualny sposób. Dlatego tak trudno pisać o tym filmie, nie narzucając jednocześnie sposobu jego interpretacji. Świeżość umysłu dziecka i jego ciekawość to cechy, które dorośli powinni sobie przypomnieć, zanim obejrzą „Bestie z południowych krain”. Podzielę się moim osobistym doświadczeniem – wiedząc, że reżyser zakochał się w Luizjanie, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w pewnym sensie opowiada tragedię Nowego Orleanu, zrównanego z ziemią po huraganie Katrina. Jednocześnie skojarzenia z Ofelią z „Labiryntu...” sprawiły, że postrzegałam Hushpuppy jako dziewczynkę o bujnej wyobraźni, która boi się otaczającego ją świata i nie chce przyjąć do wiadomości jego prawdziwego oblicza. A Wink – ojciec dziewczynki – idealnie pasował mi do archetypu mężczyzny rozgoryczonego i złego na cały świat, a szczególnie na swoje dziecko, za utratę ukochanej kobiety. Ale to tylko moja interpretacja, każdy ma prawo do własnej.
Sam reżyser wyznał w jednym z wywiadów, że jego marzeniem było stworzyć film o tym, jak odnaleźć w sobie siłę, by trwać i patrzeć, jak umiera miejsce, które się stworzyło, a jednocześnie nie tracić nadziei i z radością celebrować ducha tego, co odchodzi. Czy mu się to udało? Odpowiedzi każdy powinien udzielić sobie sam. „Bestie z południowych krain” nie są filmem radosnym ani optymistycznym, ale jednocześnie nie można powiedzieć, że apokaliptyczna wizja świata jest zasmucająca i skrajnie pesymistyczna. Radość charakterystyczna dla małego dziecka również nie jest przepełniona wesołym śmiechem i psotami, ale jednocześnie nie można powiedzieć o Hushpuppy, że jest nieszczęśliwa. Czyli po raz kolejny „być może”.
Takich wątpliwości nie można mieć chyba tylko przy ocenie gry aktorskiej. Zarówno Quvenzhané Wallis, jak i Dwight Henry pokazali, że w „prawdziwym” filmie najlepiej spisują się „prawdziwi” aktorzy. I bynajmniej nie chodzi o profesjonalizm – oboje po raz pierwszy zetknęli się z kamerą i filmem od strony produkcji. Jednak dzięki temu nie grają, po prostu są, przeżywają emocje i walczą. Czasem niemal ma się wrażenie oglądania filmu dokumentalnego, a nie baśni. Jednak czy to też baśń – tylko być może.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Komentarze