Potem posypała się reszta nagród za grę, w którą wkładała wiele pracy i serca, ale ludzie pokochali ją przede wszystkim za to, że była prawdziwym, szczerym, człowiekiem. Trudno oprzeć się także jej ślicznej, uduchowionej twarzy i ruchom pełnych gracji. Stała się muzą Huberta de Givenchy, który przyczynił się do tego, że na zawsze pozostanie ikoną stylu i elegancji.
Ojciec Audrey odszedł od rodziny, gdy aktorka była małą dziewczynką. Nigdy nie potrafiła przestać marzyć, że on wróci i będzie ją kochał. Anthony Joseph Viktor Hepburn - Ruston był jednak uczuciowym inwalidą. Wiele lat później, Audrey jako aktorka, która odniosła sukces i była już znana, spotkała się ze swoim ojcem. Ten nie potrafił nawet jej uściskać. Zrobiła to pierwsza. Nie zadawała pytań. Wybaczyła mu wszystko. Niedługo przed swoją śmiercią powiedział Robertowi Woldersowi, ostatniemu partnerowi aktorki, jak bardzo jest z niej dumny i jak mocno żałuje, że nie potrafił być prawdziwym ojcem.
Audrey uważała, że jeśli się kogoś kocha i troszczy się o niego, to ten ktoś odwdzięcza się tym samym. Gorzkie było jej rozczarowanie. Jej mężowie: Mel Ferrer i Andrea Dottie uczucia dusili w sobie. Jako romantyczka tęskniła do świata, w którym wielka miłość przychodzi sama. Pragnęła dziecka nawet wówczas, kiedy sama nim była. Jako mała dziewczynka, na rynku wyciągała niemowlęta z wózków. Urodziła dwóch synów: Seana i Luce. Kiedy nie mogła już zabierać ich na plan zdjęciowy, zrezygnowała z pracy. Zbyt mocno za nimi tęskniła. Nie chciała, aby cierpieli jak ona, więc dbała o to, żeby zachowali jak najlepszy kontakt ze swoimi ojcami. Sean - starszy syn aktorki, po jej śmierci, w książce "Audrey Hepburn uosobienie elegancji" napisał: "Była dla nas cudowną matką i przyjacielem".
Aktorka jako ambasador dobrej woli UNICEF-u w kwietniu 1988 roku wyruszyła w swoją pierwszą podróż, do Etiopii. Przez pięć lat Audrey i Robert Wolders, który zapoznał ją z działalnością UNICEF-u podróżowali do krajów Trzeciego Świata. Jej zadanie polegało na tym, aby informować ludzi o tym, co widziała, a tym samym otwierać ich serca na pomoc najbardziej potrzebującym. Audrey widziała wiele zła: choroby, głód, cierpienie, śmierć, brak czystej wody, ludobójstwo. Czuła gniew, że po I i II wojnie światowej, społeczeństwo zgadza się na to, aby sytuacja się powtarzała. W przemówieniu, które wygłosiła 13 czerwca 1989 roku w Genewie powiedziała: "Wiemy, że przez następne dziesięć lat wystarczy mniej niż pół procent rocznego dochodu narodowego światowej gospodarki, aby zlikwidować najgorszą biedę i zapewnić ludziom zaspokojenie ich najpilniejszych potrzeb (...). Jeżeli czegoś nam brakuje, to tylko dobrej woli". Widok cierpiących, bardzo wpłynął na jej samopoczucie. Audrey mocno się postarzała. Nie rozumiała, dlaczego dzieci muszą cierpieć. Uważała, że to od nich należy zacząć ratowanie świata. W 1992 roku czuła się już bardzo źle. Okazało się, że ma raka szyjka macicy.
Audrey Hepburn nie chciała być aktorką. Stała się nią z konieczności. Od dziecka pragnęła być primabaleriną. Niedożywienie w czasie wojny spowodowało jednak, że nie wszystkie grupy mięśniowe rozwinęły się tak, jak powinny. Poza tym była za wysoka (170 cm wzrostu) jak na tancerzy w tamtych czasach.
Stroje Audrey mówiły: "To ja ... w niczym nie lepsza od ciebie." Sean - jej starszy syn twierdzi, że styl matki narodził się ze skromności. Audrey do końca życia wierna była prostym krojom, krótkim zimowym płaszczom z wysoko postawionym kołnierzem, butom z lat siedemdziesiątych o kwadratowych noskach, letnim bawełnianym spodniom, baletkom... Wierzyła w siłę prostoty. O cokolwiek chodziło mówiła zawsze: ?Spróbuj dotrzeć do sedna sprawy. Spytaj sam siebie: Po co to robię? Co jest najważniejsze? Nie bierz się do kilku rzeczy naraz, bo to tylko stwarza zbędne komplikacje?.
Matka tłumaczyła Audrey, że ludzie nie są jej ciekawi. Aktorka została wychowana przez nią w wiktoriańskim stylu. Uczono ją dyscypliny, pracowitości i szacunku do ludzi. Nie dostrzegała własnego blasku. Była wdzięczna za okazywane dowody sympatii i szacunku. Nigdy się nie spóźniała, znała każdą linijkę tekstu, traktowała innych z szacunkiem. Wierzyła w miłość, cud natury i autentyczną dobroć. W pewnym sensie była podobna do granych przez nią postaci: uczuciowa, odważna, delikatna i romantyczna. Podczas jej ostatnich Świąt Bożego Narodzenia powiedziała najbliższym, że były one najpiękniejsze w jej życiu, bo tym razem była zupełnie pewna, ... że ją kochają.
Marlena Mrożek
(redakcja@dlalejdis.pl)
Komentarze