Banałem byłoby stwierdzenie, że im dłużej na coś czekamy, tym większe mamy wobec tego oczekiwania – i tym większe niestety potrafi być nasze rozczarowanie. W tym kontekście „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego ma przed sobą nie lada wyzwanie – niewątpliwie bowiem jest to jeden z najbardziej oczekiwanych polskich filmów tego roku (jeśli nie kilku ostatnich lat). Po premierze na Festiwalu Filmowym w Locarno, gdzie Andrzej Seweryn za rolę Zdzisława Beksińskiego otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora, oczekiwania tylko wzrosły. Czy film im sprostał? W moim odczuciu zdecydowanie tak.
Można powiedzieć, że losy rodziny Beksińskich to gotowy scenariusz filmowy. Wbrew pozorom wcale nieoczywiste jednak było, czy będzie to scenariusz udany. Bo w przypadku osobowości takich jak Zdzisław czy Tomasz łatwo było popaść w patos i przesadę. Jeśli zaś chodzi o Zofię… Cóż, o Zofii można było po prostu zapomnieć. Na szczęście twórcy „Ostatniej rodziny” żadnego z tych błędów nie popełnili. I dzięki temu otrzymaliśmy ciepły, ale też do bólu realistyczny portret rodziny zwykłej i niezwykłej zarazem.
Akcja filmu rozpoczyna się w 1977 roku, kończy zaś w 2005. Przez niemal 30 lat widz towarzyszy Beksińskim zarówno w przełomowych wydarzeniach w ich życiu, jak i podczas zwykłych, codziennych czynności. Obie te sfery zresztą stale się w filmie przenikają – doskonale obrazuje to scena, w której umierająca Zofia Beksińska uczy męża obsługiwać pralkę, rozmawiając z nim jednocześnie, jakby mimochodem, o swojej śmierci i pogrzebie. W tym zresztą tkwi cała siła filmu – w jego prostocie, w ukazaniu Beksińskich jako zwykłych ludzi, mieszkających na wielkim blokowisku, jeżdżących windą i zmagających się z problemami, chorobami i śmiercią. Wszyscy członkowie rodziny odgrywają tu niezwykle ważne role. Choć szerokiej publiczności znani są przede wszystkim Zdzisław i Tomasz, to w filmie nie mniej ważna jest też Zofia – i za to należy się twórcom ogromna pochwała. Ta cicha, stojąca zawsze w cieniu męża i syna kobieta w rzeczywistości stanowiła bowiem podporę całej rodziny i umożliwiała swoim mężczyznom realizowanie ich pasji.
Trudno znaleźć w „Ostatniej rodzinie” coś, co należałoby naprawdę skrytykować. Pod względem aktorskim film jest doskonały – Andrzej Seweryn, Dawid Ogrodnik i Aleksandra Konieczna nie tyle grają rodzinę Beksińskich, co wręcz się nią stają. Nie tylko charakteryzacja, ale też sposób mówienia, chodzenia, postawa… wszystko powoduje, że na ekranie nie widzimy aktorów, ale grane przez nich postaci, a widz momentami ma wrażenie, jakby oglądał dokument, a nie film fabularny. Wrażenie to potęgują zdjęcia – czasem niewyraźne, stylizowane na nagrania, na których Zdzisław Beksiński uwieczniał niemal całe swoje życie. Wreszcie świetna jest też muzyka – a to istotne, biorąc pod uwagę, jak ważną rolę odgrywała ona w życiu Beksińskich (w samym filmie ten wątek pojawia się zresztą wyraźnie – ojciec i syn pożyczają sobie nawzajem i przegrywają taśmy, a Zdzisław za najnowsze płyty zza granicy płaci swoimi obrazami). Wszystkie te elementy złożone razem powodują, że otrzymujemy film, o którym nie sposób zapomnieć.
W „Ostatniej rodzinie” nie ma scen spektakularnych. Nie ma w nim fajerwerków ani patosu, a mimo to wywołuje emocje. Raczej nie będziecie na nim płakać, a mimo to jest niezwykle wzruszający. Wreszcie - jest tak zwykły, jak to tylko możliwe, a mimo to będziecie o nim pamiętać jeszcze długo po wyjściu z kina. To po prostu świetne kino, którego nie można przegapić.
Premiera filmu już 30 września. Oficjalny zwiastun znajdziecie tu:
Katarzyna Czupajło
(katarzyna.czupajlo@dlalejdis.pl)
Komentarze