Czasem zdarza się, że imprezę w Los Angeles zakłócają filmiki przepchane chwilowym trendem czy obecnymi, politycznymi sympatiami. Nierzadko propaganda amerykańska aż kipi z ekranu. Jeszcze dokładnej widać ta zza oceanu, siedząc w Europie. Wydaje się wtedy, że prestiżową imprezę smaruje się odrobiną kiczu eurowizji. Stąd niemałe obawy o jakość Birdmana.
W rolę podstarzałego aktora prześladowanego echem dawnej sławy wciela się Michael Keaton. Aktor, który podobnie jak odgrywany bohater ma szczyt swojej kariery już za sobą. Spotykamy go w przededniu premiery spektaklu na Broadwayu, którego jest reżyserem, producentem i jednym z aktorów. Ewolucja bohatera postępuje wraz z nieubłaganą premierą spektaklu. Pochłonięty niemal obsesyjną chęcią sukcesu i sprawdzenia się w nowej roli musi mierzyć się z przeciwnościami, niestety głównie ze strony ludzi. Wraz z nim na scenie pojawi się nietuzinkowy Edward Norton, który ponownie udowadnia swoje wielkie aktorstwo.
Pierwsze co jest niesamowite to sposób realizacji ujęć. Długie, niepodzielone na rzuty z kilku kamer sceny. Bardzo teatralna konstrukcja wyraźnie dzieląca obraz Alejandro Gonzaleza Inarritua na akty. Nic nie jest oczywiste a film bardziej przypomina produkcję europejską niż sygnowaną znaczkiem Hollywood. Wszystko jest czarujące i wciągające, pomimo pojawiającego się pytania o meritum, o esencję przekazu. Trzeba wykazać minimum woli i chęci wprawienia w ruch trybów mózgowia, a Michael z Edwardem Nortonem zgotują nam nietuzinkową zabawę. Zabawę bo jednak oglądamy komedię, ale komedia ta jest podszyta dramatem.
Semko Bayer
(semko.bayer@dlalejdis.pl)
Birdman, reż. Alejandro Gozalez Inarritu, USA2014
Komentarze