Buddy Valastro – najsłynniejszy i najskromniejszy cukiernik świata – wywiad

Wywiad z Buddy Valastro – najsłynniejszym i najskromniejszym cukiernikiem świata.
Z wizytą w Polsce, z okazji premiery najnowszego sezonu programu „Słodki biznes” w telewizji TLC, przyjechał Buddy Valastro. Jeden z najbardziej znanych cukierników i dekoratorów tortów na świecie.

dlaLejdis.pl miała możliwość porozmawiania z Buddym o spełnianiu marzeń, ciężkiej pracy i jego telewizyjnym programie „Słodki biznes”.

Nowy sezon programu „Słodki biznes” można oglądać w telewizji TLC w każdą sobotę o godz. 18.00.

A.P.: Buddy w wieku 17 lat przejąłeś po rodzicach cukiernię. W Polsce większość osób swoją pierwszą pracę zaczyna po ukończeniu szkoły, zwykle około 23-25 roku życia. Nie bałeś się takiej odpowiedzialności w tak młodym wieku?
B.V.: Bardzo się bałem. Pracowałem w cukierni od 11. roku życia, kochałem to robić i od zawsze wiedziałem, że będę to robił. Ale stanąć na czele biznesu w wieku 17 lat? Przecież byłem dzieckiem, nie byłem gotowy na zarządzanie 30 osobami i kierowanie pracą cukierni, w której działo się naprawdę wiele. Prócz pieczenia musiałem nauczyć się prowadzić biznes, zarządzać ludźmi. Musiałem nauczyć się, jak być mężczyzną.
Przejęcie rodzinnego biznesu w tak młodym wieku i sytuacja, w której się wówczas znalazłem spowodowała, że musiałem nauczyć się wszystkiego szybko i od razu dobrze. To, co przyswoiłem wtedy, dzisiaj sprawia, że jestem dobrym businessmen’em. Co może niektórych dziwić, bo w końcu jestem facetem, który nie skończył szkoły średniej.

A.P.: Nie miałeś nigdy chwili zwątpienia? Takiego momentu, gdy pomyślałeś kocham piec, kocham prowadzić cukiernię, ale może byłbym dobry w czymś zupełnie innym, czegoś innego chciałbym spróbować?
B.V.: Nigdy nie wątpiłem w to, że chcę być cukiernikiem. Mój tata nigdy nie powiedział mi, że muszę nim zostać. Przyprowadził mnie do pracy, gdy miałem 11 lat. Chciał, żebym nauczył się pracować, przyswoił etykę pracy i zaczął postępować, jak dorosły mężczyzna.
Gdy miałem około 15 lat i zacząłem dekorować ciasta i torty zrozumiałem, że to jest to, co chciałbym robić do końca życia. To była moja wymarzona praca.
Kiedy dekoruję, wchodzę w coś, co nazywam the zone (z ang. strefa, faza) - nic nie widzę, nic nie słyszę na około siebie, mój ból, moje problemy, wszystko wtedy gdzieś znika. Jestem tak spokojny, skupiony i zrelaksowany w tym, co robię, że potrafię obniżyć pracę swojego serca, tak, że moje ręce nie drżą. Kiedy kończę, wychodzę z tej strefy i patrzę na to, co stworzyłem. Myślę sobie „wow”. Mam wtedy poczucie swojej wartości, poczucie spełnienia i zadowolenia z siebie i wyrobu, który stworzyłem. Wiem, że chcę, aby to uczucie towarzyszyło mi do końca moich dni.
Zdecydowałem się zostać cukiernikiem i wierzę, że osiągnąłem sukces właśnie, dlatego, że po tylu latach, po tylu zrobionych ciastach nadal mam to uczucie.

A.P.: Jak myślisz, skąd taka ogromna popularność twojego telewizyjnego programu „Słodki biznes”(ang. „Cake Boss”). Program istnieje na antenie już 6 lat, oglądają go ludzie na całym świecie. Myślisz, że ludzie chcą oglądać Ciebie, perypetie Twojej rodziny, czy te piękne ciasta i torty, które tworzycie?
B.V.: Myślę, że to jest kombinacja wielu czynników. Przede wszystkim popularność programu wynika to z tego, że moi fani wiedzą, że jestem prawdziwy. Jestem autentyczny. Nie uważam się za gwiazdę, celebrytę, chociaż, gdy jutro wejdę na scenę (spotkanie 09.10.2015 z fanami w Galerii Mokotów) pewnie się trochę tak poczuję.
Zawsze próbuję znaleźć czas na spotkania z fanami, czego często nie widać, bo wyrastałem w atmosferze bycia skromną osobą.
Osobiście uważam, że jest pewna grupa odbiorców, która lubi oglądać przygotowane przeze mnie torty. Niektórzy lubią oglądać, jak robimy sobie kawały, inni porównują swoją rodzinę do mojej, a niektórzy czerpią z programu inspiracje. Niezależnie od tego, czy chcą zrobić ciasto, czy je zjeść. ;-)

A.P.: Czy któreś z Twoich dzieci wykazuje zainteresowanie Twoją pracą? Czy któreś chciałoby przejąć po Tobie zarządzanie cukierniami, a może wykazują zupełnie inne zainteresowania?
B.V.: Oni wszyscy twierdzą, ze będą kiedyś szefami. ;-) To śmieszne, ale w każdym moim dziecku widzę swoje cechy. Moja najstarsza córka Sofia jest bardzo kreatywna, ma artystyczną duszę. Z kolei syn Buddy nigdy się nie poddaje, jest tym typem dziecka, który rozkłada całą maszynę na części, a potem ją składa z powrotem. Miał już tak od 6. roku życia. Z kolei Marco to polityk, kobieciarz, jest czarujący, bardzo towarzyski i jest na tyle uroczy, że uchodzi mu na sucho wszystko. Najmłodszy syn Carlo jest jeszcze dzieckiem, ma 4 lata, ale jest trochę bardziej poważny niż pozostali chłopcy.

A.P.: Wydaje mi się także, że Twój syn - Buddy ma Twoje poczucie humoru.
B.V.: O tak ;-) On zdecydowanie ma podobne do mnie poczucie humoru, chodź jest trochę bardziej nieśmiały ode mnie. Buddy bardzo przypomina mi mojego tatę. Mam takie zdjęcie taty w wieku, w którym jest teraz Buddy i wyglądają, jak bliźniacy.

A.P.: Buddy pracujesz z rodziną, spędzasz z nimi wakacje, święta. Nie męczą Cię, nie chciałbyś czasem od nich odpocząć?
B.V.: Kocham przebywać ze swoją rodziną. Czasami się kłócimy, ale jednak przez większość czasu tego nie robimy. Spędzamy fajnie razem czas.
Zostaliśmy wychowani bardzo blisko. Mój ojciec zawsze powtarzał, że rodzina jest wszystkim. Teraz, gdy dorastamy, rozwijamy siebie i nasz biznes, odnosimy coraz to nowe sukcesy, nasza rodzina jest bliższa sobie niż kiedykolwiek.
Zawsze mam czas dla swojej rodziny, chociaż na ogół jestem bardzo zajęty. Staramy się wspólnie spędzać wakacje. Czasem wyjeżdżam tylko z dziećmi i z żoną, a innym razem tylko z żoną. Wszystkie te relacje są dla mnie ważne. Staram się też być ważną osobą dla każdego z moich bliskich. Ludzie pamiętają o niezwykłych dla siebie osobach, dlatego powinniśmy starać się być niezwykli dla innych. Jeśli oznacza to bycie ojcem, mężem, wujkiem, czy bratem, trzeba umieć znaleźć na to czas.

A.P: Masz już jedenaście cukierni w Stanach. Czy planujesz otworzyć jakąś w Europie, może nawet w Polsce?
B.V.: Tak, oczywiście. Pracujemy obecnie nad modelem biznesowym. Nie jesteśmy pewni, czy zrobić to na zasadzie franczyzy, czy znajdziemy jakiegoś partnera biznesowego i będziemy z nim pracować. Chodź to ostatnie rozwiązanie wydaje mi się lepsze.
Chciałbym, gdziekolwiek się udam, móc w cukierni połączyć lokalne smaki i preferencje z tym, co ja proponuję. Chciałbym dać to, co robię najlepszego - moje najlepsze wyroby i połączyć je np. z polskimi przysmakami.
Moim celem jest mieć cukiernię na każdym kontynencie. Dałem sobie na to pięć lat. Teraz, gdy mam fabrykę, mam do tego odpowiednią infrastrukturę, bo zatrudniam ponad tysiąc pracowników. W Stanach mogę otwierać cukiernie, co 2. miesiące. Mamy techniczne możliwości, aby otworzyć ich około pięćdziesięciu.
Z jednej strony, jest to dla mnie też trochę ciężkie. Gdy prowadzisz mały biznes to możesz budować bliższe relacje ze swoimi pracownikami i być w nich na bieżąco. Nadal chciałbym znać imiona wszystkich pracowników. Wiedzieć, że np. kogoś syn idzie do szkoły. Lubię mieć taki rodzaj relacji z ludźmi, z którymi pracuję. W biznesie prowadzonym na tak wielką skalę jest to bardzo trudne. I bardzo tego żałuję.

Rozmawiała
Anna Pytel
(anna.pytel@dlalejdis.pl)

Fot. Materiały prasowe TLC

Polecane galerie zdjęć

Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat