Towarzyszy niemal każdej dziedzinie życia, dostarcza zarówno wiedzy, jak i rozrywki. Należy jednak pamiętać, że z Internetu powinno korzystać się rozsądnie, może on być bowiem użyty jako narzędzie zła.
Niemałą popularnością w sieci cieszą się treści związane z przemocą. Ludzie chcą dostarczać sobie mocnych wrażeń, które rozbudzą ich emocje. Brutalne filmy są atrakcyjniejsze, bo trzymają w napięciu. Jednak również dzieci mają swobodny dostęp do powyższych treści, które uczą je przemocy. Można więc stwierdzić, że Internet wychowuje pokolenia w atmosferze ogólnej agresji.
Jedną z form rozrywki na wielu portalach internetowych jest tworzenie zabawnych obrazków zwanych „memami”. Wstawiamy obrazek bądź zdjęcie, a następnie pasujący tekst i cieszymy się rosnącą liczbą tzw. „lajków”. Niektóre z tych obrazków bardzo szybko stają się hitami w sieci. Zdarzają się jednak także takie, które nigdy nie powinny się w przestrzeni wirtualnej znaleźć. Janusz Ławrynowicz – policjant z miejscowości Pasłęk. Oddany swojej pracy, cieszący się szacunkiem, szczęśliwy mąż i ojciec. Któregoś dnia jego zdjęcie zostało wykorzystane przez anonimowego twórcę, który uznał, że wizerunek pana Janusza idealnie pasuje do postaci typowego Polaka-gbura, ksenofoba, ubierającego skarpetki do sandałów. Mężczyznę nazwano „panem Andrzejem”, a mem szybko zdobył dużą popularność i był masowo powielany z kolejnymi, coraz bardziej upokarzającymi podpisami. Mężczyzna nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest aż tak „sławny”. Do czasu, gdy ludzie zaczęli jawnie i otwarcie go wyśmiewać, a kolega z komendy pokazał mu obrazek. Po pewnym czasie stwierdził, że ta jedna grafika zrujnował mu życie. Miał stan przedzawałowy i musiał spotykać się z psychologiem. Choć sprawa została zgłoszona do prokuratury, twórcy mema nie zostali ukarani. Pozostali bezkarni, choć popełnili przestępstwo. Wiele osób widziało powyższy obrazek, niejednego na pewno rozbawił trafny podpis pod zdjęciem pana Ławrynowicza. Nikt jednak nie zareagował, nie pomyślał kim jest ta postać. Niestety powyższy przykład nie jest odosobniony. Istnieje wiele przypadków, które są bardziej dotkliwe.
W Internecie funkcjonuje też wiele portali, na których zamieszczane są zdjęcia oraz filmy ukazujące zabójstwa oraz inne brutalne sceny i „cieszą się” one wciąż niesłabnącą popularnością. Pytanie tylko na czym polega ich fenomen? Czy widok egzekucji wystawiany na widok publiczny stanowi atrakcyjny materiał dla przeciętnego internauty? Warto zastanowić się nad kwestią moralności twórców podobnych stron, którzy zarabiają na cudzej krzywdzie. Jednak to głównie zwyczajni ludzie, traktują te strony jako formę rozrywki, a liczne wejścia na podobne portale generują zyski. Nikt z nich nie zareaguje, bo nie leży to przecież w ich interesie. Oto brutalna rzeczywistość, w której przyszło nam żyć.
Młody mężczyzna siedzi przed ekranem monitora i za pomocą kamery internetowej transmituje próbę samobójstwa. 20-latek zyskał szerokie audytorium, oglądało go prawie 200 osób. Nikt nie próbował go powstrzymać, co więcej, wiele osób zachęcało, aby odebrał sobie życie. Stephen, bo tak przedstawił się chłopak, miał połknąć garść tabletek i popić alkoholem. Próbował także się podpalić: jego pokój stanął w płomieniach. Próba nie powiodła się, bo po 40 minutach transmisji chłopak został odratowany przez strażaków. Podobna sytuacja miała miejsce w Norwegii. Mężczyzna próbował się powiesić on-line. Pomoc wezwano zbyt późno, a mężczyzny niestety nie udało się odratować.
Dlaczego nikt nie okazał jakichkolwiek ludzkich odruchów? Dlaczego scena śmierci była tak chętnie oglądana? Wszystko wskazuje na to, że żyjemy pośród ludzi, którzy zatracili poczucie człowieczeństwa, a egzekucję można przeprowadzić nawet w Internecie.
Wiktoria Kuźniak
(wiktoria.kuzniak@dlalejdis.pl)
Fot. sxc.hu
Komentarze