Dalszy ciąg historii jest już rzeczową próbą rekonstrukcji kilku dni z życia jednego z ministrów francuskiego rządu. Film Pierra Schöllera to nie tylko kronika aktualnych zjawisk politycznych i społecznych z ostatnich kilku lat. Zwiększające się zadłużenie państwa, podwyżki cen. Niechęć wobec emigrantów, rosnące bezrobocie, roszczenia zwykłych obywateli. Kolejne objawy krachu systemu ekonomiczno-politycznego, który miał doprowadzić wszystkich do dobrobytu. A przejawia się obecnie płonącymi barykadami na przedmieściach Paryża, Londynu czy Aten. W takich mniej więcej okolicznościach poznajemy Bertranda Saint Jeana (Olivier Gourmet). Jest ministrem transportu i za wszelką cenę chce utrzymać swoją tekę. Jak mamy możliwość zauważyć, w ciągu różnych kolejnych zdarzeń, nie wiadomo gdzie zaczyna i kończy się struktura i jak ważny jest w tym człowiek. Bertrand jedzie właśnie do Arden, na miejsce katastrofy szkolnego autobusu. Towarzyszymy mu w tej podróży, jak i w ciągu kilku następnych dni.
Wszystko ma swoją rozpisaną zasadę działania. Krawat do przemówień telewizyjnych musi być w określonym kolorze, nawet jeśli trzeba go ściągnąć z kogoś innego. Namysł nad ciałami zmarłych nastolatków jest zarezerwowany przez kilka minut tylko dla ministra. Przybyłej właśnie matki jednej z ofiar, w tym samym czasie już nie wpuszczą. Obserwujemy, jak tragedia ta staje się kolejnym polem do walki o punkty wyborców. Podobnie jak wisząca w powietrzu prywatyzacja państwowych dworców. Mimo tego, że wcześniej jako minister temu zaprzeczał, teraz Saint Jean musi to zrobić. Zważywszy na reakcje koalicji oraz przeciwników, nie wiadomo czy będzie to moment upadku czy też nadchodząca gloria. Bertranda widzimy cały czas jako przedstawiciela władzy. Jest nim nawet wtedy, gdy pije w rocznicę własnego ślubu razem ze świeżo przyjętym bezrobotnym kierowcą w średnim wieku. Chce przekonać jego żonę, by także głosowała na ich partię. Widz oczekujący katharsis zawiedzie się.
W filmie Schöllera napięcie budowane jest bardzo równomiernie. Natłok codziennych wydarzeń, przepływ ogromnych ilości komunikatów, ciągła gotowość do kontrapunktu. To kilka elementów wiodących w działaniu zespołu osób, które poznajemy. W pewnym sensie zwrotów akcji jest niewiele, ponieważ, by wniknąć w historię, musimy wtłoczyć w siebie tysiące informacji w niecałe dwie godziny. Tworzący się ciąg wydarzeń prowadzi nas równolegle od jednego punktu do drugiego. Chociaż jest tutaj główny bohater, film bardziej skupia się na mechanizmach władzy. Minister istnieje jako osoba, ale na jego wizerunek pracuje wielu innych. Eksperci, znawcy od PR, asystenci. Przekonujemy się, że władza potrafi być bardzo upojna. Dająca moc, o ile tylko zapewnimy sobie kolejną elekcję. Tak jak w otwierającym śnie Bertranda, w zasadzie towarzyszą jej ciągle czarne, nieme twarze. Gdzieś pośrodku styka się pożądanie, siła, sekret. To właśnie jest jedna ze składowych naszej codzienności widziana od drugiej strony.
Agnieszka Pater
(agnieszka.pater@dlalejdis.pl)
„Minister”, reż. Pierre Schöller
Komentarze