Znów to samo, czternasty raz to samo. Wypoczęta, acz wiecznie zdenerwowana Magda Gessler pojawia się w progach jakiejś biednej restauracji, by zmrozić krew w żyłach pracownikom – przede wszystkim zaś szefostwu – powywijać, nawywijać i pozostawić lokal lepszym jakościowo, wizualnie (nie zawsze) oraz atmosferowo. Nie da się wiecznie pisać o tych rewolucjach poważnie, szczególnie gdy recenzuje się któryś sezon z rzędu (aż boję się sprawdzić który). Zróbmy więc mały eksperyment i pobawmy się w żarty.
Tym razem burza Gessler zawisła ciemną chmurą nad wałbrzyskim piekłem, w którym wężowłosa Meduza zwana Justyną serwowała swoim gościom pizze, kebaby i polskie dania. A nawet nie tyle serwowała, co serwowanie zlecała, kobieta bowiem jest dobrze urządzona i „ma od tego swoich ludzi”. Lokal udało jej się wychapać w centrum miasta, więc na lokalizację narzekać nie mogła. Krową nie śmierdziało, spaliny z autostrady nie leciały, much też za dużo nie było. Zatrudniła paru ludzi i czekała na cud, a że ten nie nadchodził, zatrudniła również Gesslerową. Ups, nie zatrudniła – poprosiła o pomoc.
W sumie nic dziwnego, że klientów nie było zbyt wielu, wszak wnętrza restauracji budziły grozę. Projektowała je właścicielka do spółki z jakimiś tam bliżej nieokreślonymi grafikami, ale nie wyszło im to najlepiej. Trochę mrocznie, trochę kiczowato, głównie jednak tandetnie i tanio. A ile brudu przy okazji się znalazło! Fakt, Gessler zawsze coś znajdzie, nawet gdyby w akcie desperacji miała wytrzeć ściereczkę o własną podeszwę i udawać, że to smoła ze stołu, ale tym razem rzeczywiście było parę niesmacznych miejsc. Na przykład taka lampa, pod którą się je. Sama pewnie nie zwróciłabym uwagi, ale faktycznie coś z niej mogło spaść. Stoczyć się jak narciarz-nieudacznik po stromej górze i wylądować tyłkiem na pizzy. A fuj!
Rewolucja nie była łatwa, tyle że rzadko kiedy bywa (o to w tym chodzi, duh!). Justyna pokazała pazury – albo rogi diabła, jak kto woli – i pyskowała prowadzącej na każdym kroku. Czasem się zastanawiam, czemu mimo takich spięć Gessler nie odjeżdża, ale potem sobie przypominam, że dużo dzieje się poza kamerami, a ekipę telewizyjną i restauracyjną wiąże kontrakt. Zresztą po nagraniu dwóch dni odcinka ponieśliby zbyt duże straty, gdyby tak po prostu odpuścili i wzięli nogi za pas.
A zatem została Madzia, zostali i jej ludzie. Zrobili z piekielnej i podrzędnej knajpki trochę zbyt kiczowate, ale przyjazne „Nie bo mleczne”, w którym na pewno nie będzie się już myło szynek pod bieżącą wodą, co w czasie odcinka miało miejsce (i było komiczne, choć jednocześnie budziło zgrozę, bo przecież ktoś to potem zjadł). Wszystko wyszło ładnie i pięknie, nie było na co narzekać. Ja bym tam dalej nie poszła – jednak te szynki i spadające z lamp tłuszcze poważnie mnie obrzydziły – ale przecież są ludzie o stalowych nerwach i żołądkach. Jeśli się do nich zaliczacie, wio do Wałbrzycha!
Olga Kublik
(olga.kublik@dlalejdis.pl)
Fot. TVN
Komentarze