Psychiatra, doktor Abigaile Tylor (Milla Jovovich), zajmuje się na odległej Alasce tajemniczymi zjawiskami, które dotykają mieszkańców ukrytego wśród niedostępnych gór miasteczka Nome.
Na marginesie, według informacji IMDB (międzynarodowy serwis o filmach), film powstawał w Bułgarii, co może być pierwszym sygnałem, wywołującym wątpliwości co do jego autentyczności. Wróćmy do fabuły.
Pani doktor spotyka się z coraz bardziej przerażonymi pacjentami, którzy opowiadają jej o tajemniczych zjawiskach, które spotykają ich podczas snu. Sowa wpatrująca się w śpiących, znaki na ciele niewiadomego pochodzenia, a wreszcie uczucie obcej obecności w ciele. Kolejne dramatyczne wydarzenia, samobójstwa, przerażające rzeczy dziejące się z ludźmi, na których hipnozą doktor Abbey stara się wymusić przypomnienie sobie tego, co kazano im zapomnieć? Niby niewiele się w filmie dzieje, ale?
Najbardziej przerażające jest równoległe pokazywanie "autentycznego" nagrania z wywiadu z "prawdziwą" doktor Tylor, jej sesji terapeutycznych, a obok wyświetlanie filmu z Jovovich, który ma być rzekomą rekonstrukcją tamtych wydarzeń. Pomysł zaczerpnięto z jednego z najlepszych horrorów ostatniej dekady, czyli "Egzorcyzmy Emily Rose", w którym wykorzystano autentyczne nagrania z sesji wypędzania demonów z ciała Annalise Micheal.
To, co widzimy w "realnej" części kadru, faktycznie może napawać strachem. Przede wszystkim sama doktor Abigail, po rzekomym powrocie z zakładu psychiatrycznego, wygląda na niespełna rozumu. Starając się udowodnić, że film jest w stu procentach wymysłem scenarzysty i reżysera, szperałam w internecie w poszukiwaniu nazwiska aktorki, która jest odtwórczynią roli dr Tylor. Niestety, trafiłam jedynie na kilka domysłów na forach, a nie na wiarygodną informację. Być może zatem ostrzeżenie kierowane przez Jovovich do widzów na samym początku filmu faktycznie ma sens i nie jest tylko sprytnym zabiegiem reżysera?
A co z dramatyczną końcówką? O ile przez cały czas oglądania filmu przekonywałam samą siebie, że to w całości fikcja, że głos rzekomych przybyszów z kosmosu to tylko cyfrowo wygenerowane dźwięki, a przerażające lewitacje i konwulsje to żaden problem dla dzisiejszych filmowców. O tyle, gdy na ekranie zaczęły pojawiać się charakterystyczne dla filmu dokumentalnego informacje o bohaterach filmu i ich dalszych losach po opowiadanych wydarzeniach, wpadłam w lekką konsternację. Szczególnie to, że ktoś "odmówił udziału w przedsięwzięciu" czy to, że syn doktor nie utrzymuje z nią kontaktu, oskarżając ją o tajemnicze zniknięcie siostrzyczki. Czy dlatego, że Ronnie (Raphael Coleman) wyrzekł się matki, ani razu nie jest pokazany na "autentycznych" nagraniach?
Milla Jovovich mówi nam, że możemy wierzyć lub nie. Ona pokazuje nam tylko "fakty", a to czy damy im wiarę, zależy tylko od nas. I dlatego tak dobry, a zarazem przerażający jest to film. Bo sami nie wiemy, czy się boimy. A jeśli tak, to czego. Czemu wierzymy? Strach przed czymś, co może istnieć albo nie istnieć, wydaje się właśnie "czwartym stopniem" strachu, bo, moim zdaniem, tytuł sugeruje nie tylko "czwarty stopień" spotkania z Obcymi, czyli porwanie. Ale każdy widz sam musi zdecydować, czy Milla Jovovich jest wystarczająco przekonująca, by od tej pory co noc z niepokojem śledzić tajemnicze światła za oknem.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Komentarze